Home
Czytelnia
Własny pokój

Własny pokój

Gabinet zamknęłam dla pacjentów i dla siebie w połowie marca. Zabrałam ze sobą stamtąd
Frankla na lęk przed śmiercią i Kępińskiego dla podtrzymania rytmu życia. Zorganizowałam
miejsce do pracy w domu, w pokoju, który zupełnie nie do tego służył. Pierwszy tydzień
przesiedziałam na kuchennym krześle, wygodnym do zjedzenia śniadania i jak się okazało
bardzo niewygodnym do pracy. W drugi pandemiczny poniedziałek pojechałam do gabinetu po
swój fotel. Kępiński i Frankl pozostali nie tknięci, a ja, nim się spostrzegłam, po raz nie wiem
który czytałam „Własny pokój” Virginii Woolf.
Czas pandemii to dla mnie właśnie przede wszystkim czas utraty własnego pokoju – miejsca
do pracy, miejsca spotkań z pacjentkami i pacjentami, miejsca cotygodniowej rówieśniczej
superwizji par. Miejsca do niezależnego, swobodnego myślenia i niemyślenia, kojarzenia
i braku skojarzeń, mówienia i milczenia. Miejsca, w którym widoczna jest asymetria, w którym
widać zależność, i w którym wiadomo kto do kogo i po co przychodzi. W wirtualnym gabinecie,
szczególnie na początku, kiedy nikt z nas nie wiedział, czy wirus jest bardziej grypą czy ebolą,
zatarły się te granice: pacjenci i pacjentki pytali co u mnie, czy jestem zdrowa, czy mam z czego
żyć. Martwili się o mnie. Kończyli rozmowę machając ręką wesoło i mówiąc „to pa pa”.
Początkowo przyjmowałam to z rozbawieniem i ze wzruszeniem. Nie raz zdarzyło mi się
odmachać czy zakończyć sesje słowami: „i ja też pozdrawiam”.
Cieszyłam się, że praktycznie wszyscy zdecydowali się na kontynuację terapii w formie
zdalnej. Byłam im bardzo wdzięczna za to, że mogę dalej pracować. No właśnie, to „bardzo”
w pewnym momencie przestało mnie wzruszać, a zaczęło niepokoić – jak to wpływa na moje
komentarze i interpretacje? Dlaczego nie milczę? Dlaczego moi rozmówcy przestali milczeć?
Dlaczego nikt już nie spóźnia się na sesje? Brak wspólnej przestrzeni do dzielenia przeżyć
i myśli zaczął mi doskwierać. Złapałam się na tym, że cisza w zdalnym kontakcie jest czymś
przerażającym i dla pacjentów i dla mnie. No bo gdzie są moi pacjenci? Przed chwilą jeszcze
słyszałam, że ktoś rozmawia ze mną spacerując przez las, teraz nie słyszę ani jego głosu ani
jego kroków. Odwrócenie wzroku od monitora było czymś więcej niż spojrzeniem przez okno
podczas rozmowy w gabinecie. Wraz z upływem czasu coraz mniej bałam się wirusa, a coraz
bardziej bałam się o jakość swojej pracy.
Byłam zmęczona, dużo bardziej zmęczona, niż zazwyczaj. Rozmowy toczyły się swoim
rytmem, były emocjonalne, jakoś inaczej intymne, niż te w gabinecie. Padały słowa, które
wcześniej na żywo paść nie mogły. Cieszyłam się z tego wtedy, myślałam, że to plus pracy online. Byłam zaangażowana. Pacjentki i pacjenci byli zaangażowani. Przeniesienie
i przeciwprzeniesienie nie miało wirtualnej postaci, było jak najbardziej prawdziwe, a moje
prawdziwe ciało szukało drugiego, prawdziwego ciała. Złapałam się na tym, że wyciągam szyję
do monitora, jak jakiś egzotyczny ptak, chciałam dosięgnąć swojego rozmówcy. Pierwszy raz
w życiu rozbolała mnie szyja.
Na początku kwietnia nie odbyła się konferencja terapeutów par. Opublikowałam na Facebooku
teksty Stana Ruszczynskiego i Mary Morgan napisane specjalnie na ten dzień. Płynęły
serduszka, lajki, komentarze – widać było wyraźnie, że ich słowa na temat pracy zdalnej
z parami były nam wszystkim potrzebne. Rozmawiałam też wtedy z Martą Łączyńską, która
miała przedstawiać swój materiał kliniczny. Znałam ten referat, podobał mi się i byłam bardzo
ciekawa dyskusji. Smutno nam było obu, a kiedy się z Martą rozłączyłam, po moim policzku
popłynęły pierwsze pandemiczne łzy. Smutno mi było z wielu powodów: z powodu odwołanej
konferencji, wszystkich spotkań na żywo od zawsze dających mi wsparcie w pracy, które nie
doszły do skutku i nie wiadomo kiedy będą możliwe. Smutno mi było z powodu jednej pary,
która przerwała konsultacje, i drugiej, która zrezygnowała z dopiero co rozpoczętej terapii. Na
trzy przerwane procesy dwa były właśnie z parami. Szkoda mi było tych obiecujących
początków współpracy.
W kwietniu czułam też dojmujące ograniczenie wolności. Czytałam o tym jak Woolf
przeganiana była z oksfordzkiego trawnika, a pod moimi oknami pustą ulicą przejeżdżał
radiowóz, który miał nas wszystkich zagonić do domu i trzymać w izolacji. Woolf nie mogła
chodzić po trawie, ja nie mogłam już nawet wyjść do lasu, przy którym mieszkam. Oprócz
smutku i lęku pojawiła się złość.
W drugiej połowie maja pojechałam na tydzień w góry. Chodziłam po pustych szlakach
i rozmyślałam o powrocie do gabinetu. Bardzo wyraźnie czułam jak trudno mi było wziąć urlop
z tego wirtualno-telefonicznego gabinetu. Pacjenci mówili o pustce, śnili o znikaniu i spadaniu,
o tym, jak ktoś zostawia ich gdzieś w zupełnie nieznanym, dziwacznym miejscu. Po mimo
wielu wątpliwości, postanowiłam wrócić do gabinetu przed sierpniową przerwą.
I w połowie czerwca wróciłam. Radość mieszała się z niepokojem. Zdziwiona byłam tym, jak
dużo kurzu nagromadziło się przez te trzy miesiące w nieodwiedzanym przez nikogo pokoju.
Podobnie, zaskoczyła mnie siła przeżyć związanych z powrotem. Większość pacjentów się na
to zdecydowała. Jedni zrobili to szybko i bez wahania, inni powoli, jeszcze inni z zaskoczenia
– tak jak jedna pacjentka, na którą czekałam przed monitorem, a ona zadzwoniła do drzwi
gabinetu. Kiedy jej otworzyłam przywitała mnie radosnym okrzykiem: „Niespodzianka!”
Ludziom nie jest łatwo wrócić. Odważne i często mocne słowa wypowiadane przez telefon czy
buforowane przez komputerowy ekran, teraz więzną w gardle. Wspólnie odkurzamy naszą starą
relację i dołączamy do niej nowe doświadczenie pracy zdalnej. Ja chcę tę formę traktować tylko
jako wyjście awaryjne, a niektóre osoby chciałyby mieć taką opcję zawsze na wyciągniecie
ręki. Na nowo muszę ustalać setting, przywracać „normalność”, czyli na przykład nie zgadzać
się na sesje zdalne podczas urlopu albo na łączoną formę: telefon ze stojącego w korku
samochodu i reszta sesji na żywo.
Nie mówię, że jest łatwo, ale jestem w gabinecie – odzyskałam grunt pod nogami i swoje cztery
ściany do rozmyślania o tym co się dzieje. Przez te trzy miesiące tęskniłam za gabinetem
i prawdziwym kontaktem z moimi pacjentkami i pacjentami. Nie zdawałam sobie jednak
sprawy, że aż tak bardzo. Wyraźnie poczułam ile ważnych treści, odczuć, wrażeń nie może
dotrzeć kiedy brak jest fizycznego kontaktu.
Pierwszego dnia po powrocie, wychodząc z pracy włączyłam na chybił trafił jedną ze swoich
playlist i tymi słowami odezwała się do mnie Nina Simon:
I wish I could share
all the love that’s in my heart
Remove all the bars
That keep us apart
I wish you could know
What it means to be me
Then you’d see and agree
That every man should be free
I wish I could give
All I’m longin’ to give
I wish I could live
Like I’m longin’ to live
I wish I could do
All the things that I can do
And though I’m way over due
I’d be starting anew
Warszawa, lipiec 2020

Karolina Pniewska – psychoterapeutka psychoanalityczna, prowadzi psychoterapię
indywidualną oraz psychoterapię par i rodzin. Zaangażowana w organizację cyklu konferencji
„Pracując psychoanalitycznie z parami” oraz w promowanie tej metody pracy terapeutycznej.
Prowadzi fanpage konferencji na Facebooku.

Przejdź do treści