Joanna Chmarzyńska – Golińska, psychoterapeutka psychoanalityczna z 20 letnim doświadczeniem w
prowadzeniu terapii długoterminowej. Mieszka i pracuje w Gdańsku.
W pandemicznej sytuacji, bliskość powiązana jest z transmisją zła i śmierci, a izolacja od ludzi jest
wyrazem odpowiedzialności. Nie kwestionuję zasad „nowej normalności”. Potrzebuję jedynie
pozostać w tęsknocie za osobistym kontaktem. Potrzebuje również pamiętać, że bliski kontakt był
tym, co przez 50 milionów lat ewolucji naczelnych, stanowiło o naszej relacyjnej istocie. Jesteśmy
ssakami, które mogły przeżyć wyłącznie dzięki obecności stada. Możliwość czucia się bezpiecznie
w obecności innych ludzi była dotąd filarem zdrowia psychicznego. Zawsze czułam, że największym
darem, jaki możemy zaoferować ludziom, którym towarzyszymy w przemianie, bez względu na
metodę czy technikę, jest dar odzyskanego kontaktu ze sobą samym, ze swoim ciałem, ze swoimi
odczuciami ale też odzyskanie zdolności do ufnych związków z innymi ludźmi oraz naturą. Lecz
naraz pojawiła się konieczność alienowania od ludzi. Odarci z zaufania, z intymności i z więzi,
zostaliśmy wrzuceni w świat internetu, na skalę dotąd nam nie znaną. Wirus jeszcze mnie oszczędził,
ale zainfekowana jestem lękiem o psychofizyczną kondycje ludzi funkcjonujących „na zdalnym”.
Zastanawiam się, jak dalece bieżąca sytuacja pozbawia nas psychologicznego pokarmu i jakie atrofie
w nas powoduje. Stawiam też hipotezę, że nasilenie lęku, pojawiło się szczególnie u osób, które we
wczesnym dzieciństwie doświadczały braku poczucia bezpieczeństwa w relacji przywiązania.
W ramach otwierania się na tematy mniej mi znane, przeczytałam ostatnio „Po piśmie” Jacka Dukaja.
To nie powieść science fiction, z których Dukaj jest znany. To esej o tym, że choć dotąd byliśmy
skazani na język i pismo, to czas słowa właśnie ustępuje, a nastaje czas rzeczywistości wirtualnej.
Nie wiem czy Dukaj by się ze mną zgodził, zapewne też subiektywnie odczytuję tok jego myśli, ale
dla mnie „Po piśmie” traktuje o braku podmiotowości człowieka we współczesnym świecie. Wydaje
się, że autor traktuje to jako zjawisko nieuniknione, które zaleca zaakceptować. Powiedziałbym, że
być może podobnie, jak wcześniejsze ciosy zadane ludzkiemu ego przez Kopernika, Darwina czy
Freuda. Mnie jednak podmiotowość, wolność i godność człowieka wydają się czymś bardzo ważnym.
Współczesne czasy u Dukaja wskazane są jako okres przejściowy do epoki, w której człowiek
obsługiwany będzie przez sztuczną inteligencje. Tymczasem wyobraziłam sobie, że może to
wyglądać tak, jak w filmie Spike Jonze „Her”. Pokazany jest w nim system operacyjny, oparty o
samodoskonalącą się sztuczną inteligencje, który uczy się użytkownika w tempie niemożliwym dla
ludzkiej istoty. Sfokusowany na użytkowniku, idealnie odzwierciedlający jego myśli, wydaje się
rozumieć człowieka idealnie. Osiem lat temu, gdy film wszedł na ekrany, związek człowieka ze
sztuczną inteligencją był fikcją. Wnet jednak sprawy zaszły o wiele dalej. Dukaj przybliża nam idee
transhumanistów, którzy nie tylko marzą o wyemigrowaniu ze swojego śmiertelnego ciała, by żyć w
2
takim czy innym wirtualu, ale naukowo pracują nad przeniesieniem się z nośnika białkowego na
cyfrowy. Rzecznikiem frakcji transhumanistów jest Ray Kurzwell, główny inżynier koncernu
Googla, który uważa, że do 2045, roku umysł człowieka będzie można zapisać w postaci cyfrowej i
załadować do komputera, gdzie będzie się procesował już bez ciała. Jeden z moich pacjentów, fan
transhumaizmu, po przejściu na terapię on-line, powitał mnie słowami: „Witam w hiperrzeczywistości. Wiedziałem, że ten dzień nadejdzie”. Hiper-rzeczywistość to rzeczywistość
zapośredniczona przez symulacje medialną, dla jej odbiorców czy fanów bardziej rzeczywista od
samej rzeczywistości (definicja podana w wikipedia). Myślałam, że rzeczywistość zapośredniczona
ruguje autentyczność istnienia i przeżyć. Obserwowałam zatracanie się ludzi w świecie mediów
społecznościowych, słabnięcie aktu bycia w realu. Pamiętam jak pewien młody pacjent, który każdy
dzień zaczynał od skrolowania instagrama, skarżył się na nieatrakcyjność realnych kobiet;
uwłaczająca i nieudaczna zdawała mu się konieczność używania fizycznego ciała do aktu
seksualnego – ciała, które się poci, ma pory, a nawet krosty. Choćby dlatego niepokoił mnie wirtualny
świat, ze jego uzależniającą mocą. Wydawało mi się, że trzeba żyć realnym życiem, bo funkcjonując
wirtualnie, ryzykujemy stawaniem się czymś na podobieństwo hydroponicznej rośliny, która
zanurzona w mineralnej pożywce, nie buduje ukorzenienia w glebie. Owszem, takie uprawy
eliminują wiele brudnej pracy, ale hydroponiczna roślina nie nadaje się już do życia poza swoją
pożywką. Podobnie myślę, że żeby korona drzewa była rozłożysta i bogata, to korzenie drzewa muszą
być silne i mocno zakorzenione w glebie. Analogicznie, żeby umysł mógł w pełni rozwinąć swój
potencjał, musimy być zakotwiczeni w swoich ciałach. Powiem szczerze, że boję się
transhumanizmu, który dąży do wyeliminowania ograniczeń ciała, wszelkiego cierpienia fizycznego
i psychicznego. Kim bowiem staniemy się nie doświadczając lęku, smutku czy tęsknoty? Fantastyka
naukowa typu cyberpunk, antycypuje przyszłość, w której człowiek sięga po cybernetyczne
wszczepy – sztuczne oczy, sztuczne mięśnie – a wszystko po to, by przekroczyć niedoskonałą ludzką
kondycje. Za pomocą klasyfikacji Dukaja mogę rozpoznać siebie jako witalistę – sensualistę, który
uważa, że istnieje jakaś immanentna jakość świata materialnego, nie do odtworzenia w jego
symulacjach. Dukaj pisze, że takich nazywa się „dogmatykami ciała”, cytat: „Dla nich przyjaźń w
sieci z definicji nie może być przyjaźnią prawdziwą, a cały wirtual to tylko „przesiadywanie przy
komputerze”, podczas gdy „prawdziwego życia” doświadcza się chodząc po ulicach, wdychając
powietrze, ocierając się o ludzi i przedmioty, nieustannie obtaczając ciało w materii” ( Jacek Dukaj
„Po piśmie” str.48). A co jeśli moja optyka jest niezgodna z duchem czasu? Co jeśli stechnicyzowany
świat cyberprzestrzeni jest czymś nieuniknionym? Nie chwilową, lecz wszechobecną, stałą
rzeczywistością? Nawet jeśli to nieuchronne, to jednak potrzebuje móc myśleć o psychologicznych i
społecznych tego konsekwencjach. Wywołuje temat do wspólnego namysłu. Tymczasem, jeszcze w
humanistycznym ujęciu, zestawię kilka myśli, koncentrujących się wokół potrzeby bliskości.
3
Możliwe, że chce przypomnieć wartość osobistego kontaktu, bo zwyczajnie boję się, że jeśli okażę
się, że terapia on – line niczym nie różni się od tradycyjnej, to może następnym etapem będzie terapia
prowadzona przez sztuczną inteligencje? Na szczęście, tymczasem, nawet Dukaj pisze tak: „ (…) jest
jedna rzecz, jakiej dowolnie inteligentne środowisko człowieka nie będzie w stanie mu dostarczyć.
Nie dostarczy drugiego człowieka. Relacji z drugim człowiekiem, emocji (drugiego człowieka),
reakcji drugiego człowieka. Miłości, przyjaźni, lojalności. Bycia obiektem czyichś uczuć. Gdzie
przebiegałaby tu granica: między wrażeniem obcowania z człowiekiem a realnym dotknięciem przez
Innego” (str.109)
W „Strachu ucieleśnionym” Bessel Van Der Kolk pisze:
„Badania naukowe nad więzią niemowląt z matkami zaczęli angielscy arystokraci, wydarci za młodu
ze swoich rodzin i wysłani do szkół z internatem, gdzie wychowano ich w skoszarowanym,
jednopłciowym środowisku”. (str . 142). Ci angielscy arystokraci to John Bowlby, Wilfred Bion,
Harry Guntrip, Ronald Fairbairn i Donald Winnicott. Myślę, że ich wkład w rozumienie skutków
utraty relacji z matką oraz ich badania nad fenomenem nadrzędnej wagi bliskości mogły być
sublimacją osobistej traumy rozłąki z matką.
Szczególną spuściznę w temacie więzi zostawił nam John Bowlby. Nie tylko stworzył teorię
przywiązania, ale żyjąc w swoich czasach, odważnie działał na rzecz uznania i uszanowania wagi
więzi dziecka z matką. Na tyle skutecznie sprzeciwiał się regule szpitalnej, zgodnie z którą chore
niemowlę separowano od matki, że w Anglii już w latach 70 przywrócono możliwość przebywania
matki wraz z jej chorym dzieckiem w szpitalu. Również pomimo ogromnej presji rządu brytyjskiego,
który ewakuacje 800 tysięcy dzieci z bombardowanego Londynu uznał z jedyne właściwe działanie,
Bowlby miał odwagę głośno obawiać się negatywnych skutków psychicznych tej szeroko zakrojonej
akcji. Późniejsze obserwacje Anny Freud potwierdziły obawy Bowlbiego. Wykazała ona, że dzieci
na 5 lat odesłane na wieś, psychicznie radziły sobie gorzej od rówieśników, którzy zostali w mieście
i przeżyli wiele nocy w schronach z własnymi rodzicami. („Strach ucieleśniony”, str. 275) Myślę o
tym tak, że dzieci, które nie doświadczyły perturbacji w zakresie relacji przywiązania i które w trakcie
nalotów wspólnie z rodzicami doświadczały – z jednej strony lęku, a z drugiej uspokojenia i
pocieszenia, budowały w tym czasie odporność psychiczną. Bo wiemy, że nie samo cierpienie tworzy
traumę, ale izolacja i brak dostępu do kogoś, kto rezonowałby z naszym bólem.
Wczesne traumatyzacje w obszarze przywiązania mogą być ukryte pod wielopiętrową konstrukcją
obron, tak jak ma to miejsce w schizoidalności czy narcyzmie. Na skutek działania mechanizmów
obronnych, ludzka potrzeba bliskiej, intymnej emocjonalnie relacji z drugim człowiekiem, może być
dysocjowana czyli „odcięta” od świadomości. W szczególności gdy sfrustrowana potrzeba bliskości
4
stała się źródłem chronicznego cierpienia. Zaciekawiło mnie, że choć Dukaj w „Po piśmie” zdaje się
wieścić brak podmiotowości, jako nowy, naturalny porządek, to jednak w powieści „Lód” przemyca,
wplata opis skutków uprzedmiotowienia dziecka. Zacytuje to Państwu: „Benedykt Gierosławski był
dobrem dzieckiem. (…) Był grzeczny – zawsze słuchał się rodziców, słuchał się starszych,
nie odzywał się niepytany, nie broił, nie bił się z innymi dziećmi, mówił przed snem pacierz,
w szkole miał najlepsze stopnie. Inni chłopcy włóczyli się po mieście, spędzali czas na ulicach – on
czytał książki. Inni chłopcy podglądali dziewczęta i droczyli się z siostrami – on uczył siostrzyczkę
liter. Mył uszy. Kłaniał się sąsiadom i znajomym. Nie dłubał w nosie, nie pokazywał palcem. Nie
chorował. Nie sprawiał rodzicom kłopotów. Któż nie chciałby mieć takiego dziecka? Kiedy skończył
siedemnaście lat i wstąpił na Uniwersytet Cesarski, spotkał innych, którzy byli dobremi dziećmi.
Rozpoznali się po uśmiechach.” ( Jacek Dukaj „Lód” str.21)
W pewnym momencie powieści Benedykt stwierdza, że musi sam dla siebie stać się obcym.
Wówczas narracja konsekwentnie zmienia się na bezosobową – zamiast: powiedziałem – powiedziało
się, zamiast: zrobiłem – zrobiło się itd. Być odłączonym od siebie od najwcześniejszego dzieciństwa
– czy może być coś gorszego?
Wygląda to na Winnicottowskie Fałszywe Self. Po krótce przypomnę tę koncepcję. Według
Winnicotta, gdy prawdziwe Ja, naturalnie obecne w spontanicznych gestach niemowlęcia, nie jest
akceptowane przez opiekuna, to wycofuje się ono z kontaktu. Czasem pozostaje żywe w świecie
fantazji, ale zasadniczo w takiej sytuacji „prawdziwe Ja” przestaje się rozwijać . W jego miejsce
pojawia się Fałszywe Ja, które służy przetrwaniu, imituje oczekiwania otoczenia, bo nie chce być
odrzucone i chce spełnić funkcje „bycia normalnym” w danym otoczeniu. Fałszywe Ja jest
intelektualne, wynika z przedwczesnej dojrzałości. Dochodzi do tego, że intelektualny umysł
przejmuje funkcje patologicznej samo-opieki i stara się poprzez intelektualizacje akceptować
rzeczywistość. Cytując za Kalschedem: „Zamiast wykorzystania umysłu do nadania znaczenia
doświadczeniu zmysłowemu, mamy sytuację, w której umysł narzuca znaczenie” ( Wewnętrzny
świat traumy” str.109) Czyli umysł może służyć nie tyle odkrywaniu, co raczej ukrywaniu. Wracając
do „Po piśmie” i „Lodu” – czy możliwe jest jednocześnie wiedzieć i nie wiedzieć? Owszem, nie
wyklucza się współistnienie zaprzeczenia oraz przebłysków wglądu w traumę. Być może również
George Orwell, miał to na myśli, gdy w roku „1984” ukuł termin dwójmyślenie. Owo dwójmyślenie,
na rzecz potrzeb totalitarnego ustroju, umożliwiało uznanie porażek jako sukcesów. Zaryzykuje więc
myśl, że intelektualizacja i racjonalizacja uprzedmiotowienia ludzi, którą odnajduje w „Po piśmie”,
może być próbą zamiany porażki w sukces, próbą transformacji traumy w coś normalnego. My,
psychoterapeuci znamy takie przypadki – porządnych, pracowitych, ludzi będących, jak gdyby na
służbie innym i światu, jednak głęboko depresyjnych i wyobcowanych z siebie samych. Cofając się
5
w przeszłość takich osób, często napotkamy dziecko, które zależne było od opiekuna, który miał
obsesje na punkcie kontroli i dominacji. Takie dziecko, by przetrwać, może całkowicie zrezygnować
z podmiotowości. Przestaje czuć, myśleć, podejmować własne działania, oceniać samodzielnie
rzeczywistość. Wycofuje się z własnej woli i pozwala by zastąpiona ona była wolą „opiekuna”.
Można widzieć to jako proces robotyzacji dziecka. Reasumując, jeśli utrata w zakresie bycia
widzianym, słyszanym i odzwierciedlanym podmiotem była zbyt wielka, to wówczas w odruchu
samoobrony przed bólem, można zaprzeczyć znaczeniu tej utraty. Jeśli jednak pamięć o kluczowej
dla ludzi bliskości i empatii, które kluczową podmiotowość zakładają, jest ocalona, lub odzyskana na
skutek terapii, to może pełnić taką funkcję, jaką w filmie Philipa Noyce’a mają tytułowi „Dawcy
pamięci”. Fabuła filmu jest pewną wariacją na bazie ponurych wizji Orwella. Dzieje się w nieodległej
przyszłości, w świecie, w którym nie ma już wojen, głodu, nieszczęść. Nie ma też bliskości i miłości,
bowiem okazały się wywoływać frustrację i nienawiść. Poddani permanentnej kontroli ludzie są
regulowani zastrzykami, które wywołują u nich emocjonalną martwotę. Eugeniczna selekcja
elimnuje zbyt emocjonalne niemowlęta. Rozpoznaje się je po tym, że nie ustają w płaczu
nawołującym matkę. Natomiast tytułowi Dawcy Pamięci mają zachowaną pamięć dawnego świata,
w którym ludzie doświadczali miłości i nienawiści. Świata, w którym łączyła ich więź, co stanowiło
istotę człowieczeństwa. Dla mnie w/w angielscy arystokraci, którzy doświadczyli utraty, lecz jej nie
zaprzeczyli, są właśnie takimi dawcami pamięci. Zwracają naszą uwagę na wartość
psychobiologicznej relacji między ludźmi.
Po 20 latach pracy rozpoznaje, że oto najczęściej pracuje z traumą relacyjną. Oferuje swoją wiedzę,
technikę, dotychczasowe doświadczenia, ale głównie stabilną i żywą obecność do procesu, którego
nieodłącznym elementem będzie odsłonięcie się tych powikłań więzi. Cytując za Kalschedem: „ Jak
mówił Jung, samo odreagowanie traumy nie jest czynnikiem leczącym. (…) Wydaję się, że obecność
świadka takiego doświadczenia (terapeuty- przypis autorki) jest niezbędna i stwarza warunki, w
których obecność drugiego powołuje psychikę do istnienia jako trzeci czynnik.” ( „Wewnętrzny świat
traumy” str. 114). Proces ten nigdy nie zachodzi bez uwolnienia dużej ilości energii psychicznej,
która pojawi się pod postacią silnych uczuć przeniesieniowo- przeciwprzeniesieniowych. Pacjent
pozwoli sobie tę energię uwolnić gdy poczuje, że terapeuta jest gotowy do emocjonalnego
pomieszczania. Pacjent może doświadczyć, że ładunek emocjonalny, który w dzieciństwie
znokautował jego niedojrzałe i kruche ego, tym razem ma szansę być „wyśnionym snem,
wykrzyczanym krzykiem” (Thomas G. Ogden), post-bólem, który można przeżyć w obecności
empatycznego świadka. Czy taki wewnętrzny setting będzie działał przez skypa? Już Freud uważał,
że „Ja” jest przede wszystkim cielesne. Jeśli emocje są pierwotnie stanami ciała, to co stanie się, jeśli
fizyczne ciało terapeuty i pacjenta nie będzie obecne w gabinecie? Widzimy czasem taką scenę w
filmach, a może niektórzy pamiętają taką obserwacje z dzieciństwa, poczynioną z poziomu zabawy
6
na dywanie. Nad stołem widzimy głowy i świat intelektu – rozmowy o sztuce, polityce, chwalenie
gospodyni. Zaś pod stołem!? Oj, tu widzimy zupełnie inny świat. Nogi albo rozluźnione, swobodnie
zajmujące dużo przestrzeni albo nogi spięte, które usiłują rozładować to napięcie kopiąc powietrze;
dłonie czule głaskające własne udo lub zaciśnięte w pięści albo rozrywające serwetkę itd. Ciało jest
uczciwe, nie kłamie. Pracując on-line nie widzimy „świata z pod stołu”. W dużej mierze tracimy
cielesną ekspresje stanów umysłu. Jakie to ma znaczenie?
Na początku pandemii wszyscy uznaliśmy za właściwe pracować on-line. W maju część kolegów, w
tym ja sama, wróciło do pracy z pacjentami osobiście, oczywiście w nowym reżimie sanitarnym.
Niektórzy usłyszeli od kolegów zapytanie: „Czy to jest odpowiedzialne?”. Moja superwizorka
powiedziała, że jest to czas chaosu i lęku, który oczywiście regresuje ludzi do szukania silnego ojca
albo uwodzi do zajmowania tej roli, jednak to stan niewiedzy jest dokładnie tym, w czym właśnie
jesteśmy. Oczywiście broniąc się przed niewiedzą i bezradnością, po ludzku możemy uciekać się do
tego rzekomego „wiedzenia”, ale na to należy być czujnym. W roli psychoterapeuty zasadniczo wciąż
jestem człowiekiem. Tym razem też byłam – kimś kto nie wie, bo wirus jest nowy i nieznany, oraz
kimś kto jak wszyscy przeżywa lęk. Szczególnie lęk był tu ważną zmienną. To, że go
współodczuwałam, ale też wytrzymywałam. Życie jest ogromną wartością i w pierwszej kolejności
należy je chronić. Lęk przed chorobą iśmiercią, lęk przed narażaniem bliskich jest naturalny, ostrzega
przed niebezpieczeństwem. Ten lęk nakazywał ograniczać kontakty osobiste i pozwalał doceniać
kontakt on-line. Okazało się jednak, że ten lęk nie jest jedynym. Pojawiły się lęki przed izolacją i
popadnięciem w obłęd. Szczególną moją uwagę przykuł lęk przed koniecznością życia w świecie
zniewolonym. Niektórzy bali się nie tylko wirusa, ale też tego – jak, do czego i przez kogo może
być wykorzystany. Oczywiście, że kontrola może wynikać z troski. Niemniej, starczy spojrzeć przez
sto lat wstecz, by dojrzeć ciemne strony kontroli, a tym samym rozumieć istnienie w ludziach lęku
przed kontrolą. Pragnienie całkowitej kontroli nad jednostką jest cechą tyranii, począwszy od tyranów
domowych, a skończywszy na tyranii totalitarnych rządów. ( Judith Herman „Przemoc, uraz i powrót
do równowagi”) Odnośnie władzy, to George Orwell w „W roku 1984” ostrzega nawet przed takim
rodzajem tyranii, którą może nie zadowalać wymuszony posłuch, która może chcieć by ludzie
całkiem dobrowolnie, w poczuciu „bycia zaopiekowanym”, pozwolili by ich wola zastąpiona została
wolą władzy. Więc oczywiście, władza jako taka miewa typowe dla niej dolegliwości. Jednak chcę
podkreślić to, że problem jest bardziej złożony. Gdy ludzie są przerażeni i bezradni, to nie chcą
decydować, a chcą by zdecydowano za nich. W szczególności długotrwała izolacja, nieustannie
płynący strumień informacji o zagrożeniu oraz lęk przed śmiercią, predysponują do dobrowolnej
rezygnacji z wolności i podmiotowości, na rzecz poddania się władzy. W Cesarstwie Rzymskim
normalną praktyką było, że na czas wojny powoływano tyrana, by tylko ktoś taki trzymał porządek
okrutną bezwzględnością. Algorytm socjologiczno – psychologiczny polegający na tym, że, im
7
większy lęk, tym bardziej ludzie szukają silnego ojca (paternalizm), który „wie” jak rozwiązać
problem, np poprzez budowanie muru, jest doskonale znany. Tak też, obserwowanie
bezprecedensowej kontroli, która spotyka się z akceptacją społeczeństwa, niektórym wprost
skojarzyło się z zagrożeniami, które przepowiedzieli George Orwell w „Roku 1984” i Aldous Huxley
w książce „Nowy wspaniały świat”. Przeszło 20 lat temu również Zygmunt Bauman ostrzegał przed
kontrolą. Pisał, że cywilizacja przez swoją kontrolę nad wszystkim, utoruje drogę nowej zagładzie;
szczególnie cywilizacja informatyczna, która daje narzędzia do kontrolowania każdego człowieka.
(Maria Orwid „Trauma” str.95) Zaobserwowałam, że u tych którzy rozmyślali o takich zagrożeniach,
pojawił się lęk przed „zbanowaniem”, jak to się teraz mówi – czyli zablokowaniem, wyłączeniem ze
wspólnoty. Tak jakby tylko lęk przed zarażeniem, był lękiem właściwym, a lęk przed zniewoleniem,
ubezwłasnowolnieniem, jak to ujęła moja pacjentka, „wrzucił ją do jednego worka z
płaskoziemcami”. Czy zatem tego o czym pisali Bauman, Orwell i Huxley również mamy prawo się
bać? Kto w dzisiejszych czasach ma monopol na kontakt z rzeczywistością? Czy możemy
współistnieć doświadczając tak różnych lęków? Czy możemy być tak uprzejmi by pochylić się nad
tym co Inny przeżywa? Zadziwiające jest jak w historii okrutnie ustalano jedyną właściwa prawdę.
Na przykład, wracając do dzieci ewakuowanych z Londynu, ich matki które w miłosnym geście
pragnęły zatrzymać dzieci przy sobie, dowiedziały się z propagandowych plakatów, wiszących na
każdym rogu, że przejawiając takie zamiary, ulegają podszeptom samego Hitlera i właściwie jakby z
nim kolaborowały. (plakat do wglądu w internecie: http://www.londoneria.com/operacja-pied-piper/)
Jak my, psychoterapeuci w obliczu różnych ludzkich lęków winniśmy się zachować? Trafnie w
publikowanym w internecie Alfabecie Psychoanalitycznym w literze „ J” jak Jałowość, ujęła to Anna
Stęplewska – Południak:
„Gdzie jest mój prawdziwy spontaniczny gest, kiedy patrzę na świat, politykę, dziejące się aktualnie
wydarzenia? (…) Myślę, że nasze gabinety mogą być przestrzenią do pojawiania się prawdziwego
gestu, a my mamy być czujni na to i odpowiadać na ten ruch wewnętrzny. Badać i starać się rozumieć,
z czego ten gest wypływa bez względu na opcje polityczne i poglądy”
No właśnie, może nawet nie tyle, że nasze gabinety mogą być, ale powinny być miejscem gdzie
pacjent powiedzieć mógłby wszystko. A my bez oceny, życzliwie pomożemy mu pomieścić emocje
z tym związane oraz pomożemy mu myśleć o tym co przeżywa i rozumieć dlaczego przeżywa rzeczywistość w taki sposób. Tym bardziej, że jeśli chodzi o lęk to sądzę, że prawie zawsze pewna jego
nadwyżka bierze się z dzieciństwa. Wówczas lęk nie jest wyłącznie reakcją na to, co tu i teraz. I
zasadniczo, my psychoterapeuci, tym właśnie się zajmujemy – „uobecnianiem” czyli pomaganiem
odróżniać przeszłość od teraźniejszości. Przeszłość powoduje nami w niewłaściwy sposób i zwiększa
ryzyko błędnej interpretacji. Wczesne stany braku bezpieczeństwa nie są obrazami pod postacią
8
wspomnień. Istnieją wyłącznie jako komponent afektu. Bieżące wydarzenia o podobnie zagrażającym charakterze stają się „triggerem” czyli spustem dla wcześniejszych urazów. Te wczesne, wyrwane z uśpienia urazy nasilą doświadczenie bieżącego lęku. Dorośli, którzy jako dzieci, nie doświadczyli bezpiecznej, ufnej więzi, a w ramach lękowych czy zdezorganizowanych stylów przywiązania, „najedli” się głównie strachu, mogą tworzyć społeczeństwo, które w swojej bazie ma dużo
lęku i które łatwo przestraszyć. Jak częste jest to w naszym społeczeństwie, możemy obserwować po
szczególnym rodzaju przeniesienia, które pojawia się w gabinecie. Wiadomo, że pacjenci zjawiają
się po pomoc a tym samym dobrowolnie wchodzą w sytuację zależności gdzie terapeuta ma status
wiedzy, niejako dorosłego. Doprawdy nazbyt często możemy obserwować dwa rodzaje przeniesienia,
występujące naprzemiennie bądź razem. Pacjent albo boi się terapeuty – jakby nieomal cały jego los
zależał, od tego co ten powie, albo pacjent traktuje terapeutę jako wszechmocnego wybawcę.
Bynajmniej nie uważam, że takie przeniesienie wynika z projekcji na psychoterapeutę agresywnych
czy omnipotentnych aspektów. Po prostu uważam, że zbyt wielu ludzi doświadczyło w dzieciństwie
nadużycia władzy i zawłaszczającej kontroli. W tym temacie Van der Kolk wspomina: „Sam Bowlby
powiedział mi, że doświadczenie szkoły z internatem prawdopodobnie zainspirowało Georga Orwella do napisania „Roku 1984”, który wspaniale ukazuje jak istoty ludzkie można pobudzić do
poświęcenia, wszystkiego co bliskie i drogie – w tym poczucia „własnego Ja” – w imię bycia kochanym i akceptowanym przez kogoś kto ma władzę”. („Strach ucieleśniony” , str 142)
Genezę pewnych bazowych lęków części polskiego społeczeństwa może stanowić szczególna
psychohistoria w obszarze opieki nad dziećmi. Nie będę cofać się do traumy wojennej. Uważam
jednak, że należy uznać ją za punkt wyjścia, który czyni z nas bez wyjątku społeczeństwo
postraumatyczne. Temat ten podejmuje w artykule o traumie transgeneracyjnej, gdzie ukazałam jak
traumatyzacja wojenna matki, która odcina ją od uczuć, albo odwrotnie czyni ją przerażoną lub
przerażającą, powoduje u dziecka traumę relacyjną i rozwojową, polegającą na chronicznej,
nieadekwatnej reakcji na jego emocjonalne potrzeby.
(https://www.youtube.com/watch?v=Xkbr_WH1wsk&t=4779s) Jeśli weźmiemy pod uwagę czasy tuż
powojenne to sukcesem było utrzymanie dziecka przy życiu, a opieka emocjonalna była
niedostępnym luksusem. W czasach PRL-u, jako przeszczep z ZSRR-u, istniały w Polsce żłobki
tygodniowe. Ponieważ dopiero w roku 1980 zniesiono sześciodniowy tydzień pracy, tak więc pobyt
dziecka w żłobku tygodniowym nie różnił się specjalnie od pobytu w domu dziecka. Osoby urodzone
w latach’70, na skutek panujących wówczas zasad zdrowotno-higienicznych, separowano od matek
tuż po urodzeniu; spędzały samotnie czas w sterylnej sali noworodkowej. Kontakt z matką miał
miejsce co 3-4 godziny na półgodzinne karmienie. Matki przy wyjściu ze szpitala zostawały
pouczone, że karmienie piersią może być nie wystarczające i rekomendowano im przejście na
mieszankę dla niemowląt. Akurat lata ’70, to czas pojawienia się w Polsce mleka humanizowanego
9
w proszku. Jego przewagą miała być możliwość kontrolowania ilości spożywanej przez dziecko oraz
standaryzowanie makro i mikro składników. Znowu kwestia kontroli zarówno ilościowej, jak i
jakościowej, wydała się właściwsza niż dalsze poleganie na pierwotnych instynktach. Zalecano też
nie reagowanie na płacz niemowlęcia, które może mieć tendencje do szantażu, czemu należy dać
odpór i w żadnym razie nie dopuścić do rozpieszczenia. Słynna była metoda na „wypłakanie się”.
Dziś wiemy, że kiedy dziecko intensywnie płacze w samotności, to jego autonomiczny układ
nerwowy ulega ogromnemu pobudzeniu. Niemowlę nie potrafi samodzielnie powrócić do
równowagi, dopiero obecność czułego dorosłego przywróci mu pożądany stan. Teoria poliwagalna
Porgesa, mówi o istnieniu nerwu błędnego, pełniącego w organizmie funkcje regulacyjne i
uspokajające, który to nerw zasadniczo kształtuje się pod wpływem wczesnej opieki.
Ale w tamtych czasach nakarmione i higienicznie zabezpieczone niemowlę, podobno nie
potrzebowało obecności matki, a płacząc wyrabiało sobie płuca. Tak właśnie, w imię ochrony życia
i zdrowia gatunku ludzkiego, zapanowały w/w zalecenia sanitarne. Zalecenia, trakyujące dziecko
jako płaczący układ pokarmowy, a bliskość jako zbędną, dawały dzieciom małą szansę na ufny,
bezpieczny styl przywiązania.
Z prac Rene Spitza oraz Johna Bowlby’iego wiemy, że przywiązanie jest potrzebą pierwotną, a
wszelka separacja od matki, na etapie całkowitej od niej zależności, odczuwana jest jako śmiertelne
niebezpieczeństwo. Rene Zazzo w książce „Przywiązanie” przypomina:
„Harlow odkrył, że młoda małpka poświęca szukanie pokarmu na rzecz szukania kontaktu z matką.
Kontakt z matką zapewnia jej dobre samopoczucie i bezpieczeństwo, którego nic nie może
zastąpić.(…) Dzięki swoim eksperymentom, (bez przerwy ponawianym i udoskonalanym), Harlow
udowodnił na wiele sposobów priorytet i siłę miłości, jej niezbędność do życia. Udostępniając młodej
małpie „substytuty” matki, wykazał w sposób eksperymentalny preferencje kontaktu (futro, ciepło)
nad czynnościami związanymi z zaspakajaniem głodu.” (Przywiązanie, pod red. Rene Zazzo, str 49)
Równie ciekawe były jedne z ostatnich eksperymentów Harlowa. Inseminował on dorosłe samice,
które w trakcie rozwoju zostały poddane eksperymentalnemu osieroceniu. Jak można się domyśleć,
ignorowały one swoje dzieci, były wobec nich agresywne a pozostawione bez dozoru nierzadko je
uśmiercały. Jednak Harlow zaobserwował, że dzieci potrafią być niezmordowane w szukaniu
kontaktu, że pomimo kolejnych razów nie ustają w wysiłkach, że dzień po dniu walczą o kontakt.
Harlow spostrzegł, że obojętność tych osieroconych matek maleje i począwszy od czwartego
miesiąca w większości przypadków relacja zostawała ustalona, a matka zostawała przez dziecko
niejako uleczona. Później na skutek wyzwolenia uczuć macierzyńskich przez pierwsze dziecko, z
drugim dzieckiem matki te radziły sobie lepiej. ( Rene Zazzo „Przywiązanie”, str. 50) Oczywiście,
10
na marginesie należy podkreślić, że jest to zjawisko odwrócenia ról czyli parentyfikacji, gdzie
uzdrowienie matki dzieje się kosztem dziecka i żadnemu dziecku takiej roli nie życzymy. ( odsyłam
do naukowej monografii dotyczącej zjawiska parentyfikacji autorstwa prof. Katarzyny Schier pt:
„Dorosłe dzieci. Problematyka odwrócenia ról w rodzinie”.) Niemniej widzimy jak relacyjność, tutaj
mimowolnie dyktowana pierwotną potrzebą przywiązania, ma moc terapeutyczną. Upatruję w tym
wskazówki dla psychoterapii. Mianowicie, że oto główne zadanie stojące przed terapią ma naturę
relacyjną, że leczymy na bazie relacji i głównie poprzez relację.
W covidovej rzeczywistości kontaktów on-line mogliśmy obserwować wiele ciekawych zjawisk.
Terapia przez skypa ma swoje ciekawe strony. Mój kolega Piotr Stoń – psychiatra, lubi pracować
przez telefon. Twierdzi, że nieobecność wzroku wyostrza mu zmysł słuchu w kontakcie z pacjentami,
zwiększa wrażliwość na emocje zawarte w głosie, zwiększa zdolność do zamyślenia. Jak widać
odbiór pracy on-line to bardzo osobista sprawa. Ciekawe byłoby zestawić nasze podejścia
percepcyjne i zrobić panel dyskusyjny na ten temat. Jeśli o mnie chodzi to w terapii przez skypa
odkryłam, że trudno mi pozostać – w tym tak ważnym kontakcie – żywą i skupioną. Doświadczałam
zmęczenia, znużenia, senności. Poza tym czułam się trochę jak oszust, to najpewniej miało związek
z poczuciami winy. Jungowski analityk Donald Kalsched napisał: „Jeżeli rozumiemy psychikę jako
częściowo cielesną, a cześciowo duchową czy umysłową, to niesie to za sobą ważne implikacje.
Jednym z niebezpieczeństw czyhających na psychoterapię jest to, że stanie się zbyt umysłowa (oparta
o słowa) i utraci kontakt z ciałem. Jeżeli do tego dojdzie to traci również kontakt z duszą.” ( Donald
Kalsched „Wewnętrzny świat traumy”, str. 112 ) No właśnie, w moim odczuciu praca on-line
powoduję we mnie utratę ducha. I jeszcze coś z teorii przywiązania: „Uzyskiwane przez noworodka
dobre samopoczucie skłania go do przytulania się do ciała matki, która w reakcji na to stara się go
lepiej trzymać. W ten sposób zadowolenie, które z tego płynie, jest podwójnie wzmacniane”. (Rene
Zazzo „Przywiązanie”, str. 49) Po prostu chodzi o to, że nasza neurobiologia wzmacnia odczuwanie
emocji. Swobodnie parafrazując powyższy wniosek, pomyślałam, że może im bardziej pacjent jest
obecny, tym bardziej obecny jest psychoterapeuta, im bardziej psychoterapeuta jest obecny, tym
bardziej obecny będzie pacjent. Przy czym kontakt żywy, osobisty będzie miał wyjątkowe znaczenie.
Oczywiście w naszej pracy kontakt fizyczny oznacza przebywanie razem w jednej przestrzeni.
Pojawia się wówczas współgra zmysłów – propriocepcji (zmysł kinestetyczny), słuchu, wzroku,
węchu. Fizyczne bycie blisko siebie uruchamia coś na kształt neuronalnej sieci WiFi – ludzie nadają
wówczas na tej samej fali – nieświadomie przybierają podobną pozycję, ich głosy zestrajają się w
podobnym tonie a w obszarze mimiki pojawia się mimikra. W przypadku traumy relacyjnej, jest to o
tyle ważne, że taka trauma oznaczała bycie nie widzianym, nie słyszanym i nie odzwierciedlanym.
(„Strach ucieleśniony”, str. 79).
11
Hipotetyczny pacjent, nazwijmy go panem Adamem, na jednej z sesji najpierw milczał badawczo,
patrzył na mnie, a ja na niego. Miałam poczucie, że wczepia się wzrokiem, że potrzebuje być
”trzymany”, więc trzymałam go spojrzeniem. Nagle złapał się w okolicy mostka, zaczął trzeć czoło,
chować twarz w dłoniach, drżeć. Głęboki szloch wstrząsał jego piersią. Zupełnie jakby w dorosłym
ciele, łkało małe dziecko. Czułam w piersi poruszenie i drżenie, ulgę gdy płacz mógł płynąć,
rozprężające się gardło i żołądek. Zupełnie jakby moje własne ciało mówiło: „Tak – płacz, tak ci teraz
przyszło, pozwól temu wyjść”. Wnet jednak pan Adam wyprostował się, wypiął do przodu klatkę
piersiową, po czym zacisnął sobie dłoń na ustach. Atak jego mechanizmów obronnych przyszedł
poprzez ciało. Wnet zamarłam, wsunęłam się w głąb fotela, mój oddech spłycił się, wręcz zanikł na
chwile, jak u zwierzęcia, które nie chce być namierzone przez drapieżnika. Skutki traumy, części
straumatyzowne – płaczące dziecko i części traumatyzujące – dławiący opiekun, obecne w umyśle
pacjenta, weszły jak na scenę, a wszystko bez słów, w żywej fali pamięci ucieleśnionej. To jest
przeżycie dane wprost, nie zamknięte w logice słowa. Przeżycie, które odwołuje się do czegoś poza
wiedzą, poza intelektem. Przemawia do ciała, do zmysłów. Pozasłownej faktury takiego przeżycia
doznaje najpierw w ciele. Jak przeżyć takie autentyczne spotkanie dwóch ciał? Czy można pływać
nie wchodząc do wody? Ciało w przestrzeni Innego zdaje się bardziej zobligowane do zestrojenia się.
Rezonans jest silniejszy. No właśnie, a czy zjawisko rezonansu emocjonalnego jest podobne do
innych rezonansów? Jeśli mamy w jednym pomieszczeniu dwa instrumenty np dwie wiolonczele i
na jednej ktoś gra, a druga stoi pod ścianą, to usłyszymy, że ta z pod ściany cichutko wydaje te same
dźwięki, co ta na której ktoś gra.( za przykład z instrumentami dziękuje p. Sarze Peyton) Gdy dwa
układy drgają z tą sama częstotliwością to powstaje rezonans, czyli wzmocnienie tych drgań. Gdy
cieszymy się „nadawaniem na tej samej fali” to cieszymy się wzmocnieniem tego co czujemy, staje
się to wyraźniejsze, rozpoznane. Terapeuta udostępnia siebie – swoje ciało i umysł, jako tubę
rezonansową dla „muzyki” pacjenta. Wzmacnia drgania pacjenta, a dzięki temu ten odzyskuje
kontakt z własnym Ja.
W naszej pracy opieramy się na funkcji pomieszczania, o której pisał Wilfred Bion. Funkcja ta,
pozwala terapeucie, na podobieństwo emocjonalnie kompetentnej matki, przekształcać elementy
niestrawne dla umysłu dziecka – elementy beta, w takie, które będą strawne czyli elementy alfa.
Jarosław Groth w „Psychoanalitycznych podstawach koncepcji mentalizowania – teoria myślenia
Biona” wyjaśnia: „Podkreślić należy, że za warunek konieczny rozwoju aparatu do myślenia (czy
umysłu w ogóle), a także uczenia się na podstawie doświadczenia, Bion uznał pierwotną obecność
matczynego kontenera. Narodziny myślenia rozpatruje w kontekście interakcji dwóch umysłów –
matki i niemowlęcia. Model ten znajduje zastosowanie zarówno w koncepcji rozwoju umysłu dziecka
w relacji z drugą osobą, jak i w koncepcji rozwoju umysłu cierpiącego na zakłócenia funkcji
poznawczych. Rzuca tym samym światło na funkcję analityka w procesie terapeutycznym
12
(Riesenberg-Malcolm, 2001).” („Psychoanalityczne podstawy koncepcji mentalizowania – teoria
myślenia Biona” – rozdział 4 w książce „Mentalizacja z perspektywy rozwojowej i klinicznej” pod
redakcją naukową Lidii Cierpiałkowskiej i Dominiki Górskiej.)
Bionowskie elementy beta u jungowskiego analityka, Donalda Kalscheda, odnajduje pod nazwą
archetypowych energii czy prekursorów afektów, typowych dla okresu niemowlęctwa i
zregresowanych stanów umysłu w dorosłym życiu. „Te wulkaniczne, niezróżnicowane protoafekty
odzwierciedlają się w psychosomatycznych stanach przyjemności (miłości), a na przeciwległym
biegunie – dyskomfortu i bólu (nienawiści).(…) dojrzewają one w relacji do opiekunów, którzy
wspomagają proces ich metabolizacji. (…) odbywa się to na drodze pomieszczania chaotycznych
pobudzeń niemowlęcia poprzez przyjmowanie jego projekcji, neutralizowanie toksycznych stanów
(..) a wszystko to w obrębie ciepłej i wspierającej relacji” („Wewnętrzny świat traumy” str. 148)
Kalsched dokonuje jakże rozjaśniającego wyjaśnienia: „Energia archetypiczna posługuje się
wysokimi napięciami powiedzmy, że 44o woltów i żeby ją włączyć w świadome ludzkie ego, trzeba
zredukować to napięcie do 22o woltów, łatwiejszych do opanowania. Przemiana ta dokonuje się
poprzez ludzkie relacje. Bez relacji nie da się włączyć archetypicznej energii w normalną tożsamość
(…) wówczas dosłownie opętuje” ( wywiad z Kalsched’em w „Jak uporać się z nasza traumą”
Daniela F. Sieff, str.44) Zatem niemożliwy do pomyślenia poziom niepokoju, owe Winnicottowskie
agonalne przerażenie, pojawi się gdy owe archetypowe energie (Kalsched), czy inaczej elementy beta
(Bion), nie mogą zostać uczłowieczone przez „wystarczająco dobrą matkę” (Winnicott) Wówczas,
jak to ujmują jungiści, niemowlę jest pozostawione na łasce archetypu „straszliwej matki” ( Melanie
Klein pisała o „złej piersi). Archaiczne afekty niemowlęcia, bądź te same archaiczne afekty gdy
pojawią się w regresji w trakcie terapii, mogą uzyskać mentalną reprezentacje, dzieloną za pomocą
języka, wyłącznie poprzez relacje z drugim człowiekiem, który jest zdolny do pomieszczenia takiego
rodzaju napięć. Dlaczego przypominam te bazowe dla naszej pracy kwestie? Ponieważ one ukazują
jak bardzo nasza praca dzieje się w rejestrach psychobiologicznej głębi. Funkcja analitycznego
psychoterapeuty porównywana jest do funkcji matki, zdolnej przyjmować i przekształcać projekcje
dziecka.
Również odkrycia współczesnej neuronauki dodają ciekawych faktów w nurtującej mnie kwestii.
Pozwolę sobie, czerpiąc z wykładów Allana Schore’a – psychiatry i teoretyka interdyscyplinarnego,
przywołać kilka kwestii.
We współczesnej neuronauce mówi się o dwóch mózgach – lewym i prawym. Każdy z nich dojrzewa
w innym tempie, ma inne funkcje i inaczej pozyskuje dane z otoczenia. Lewy mózg to ten myślący,
werbalny i analityczny. Nabiera znaczenia w drugim roku życia, do 18 miesiąca życia niemowlę jest
prawomózgowe. Prawa półkula to siedlisko archaicznych afektów. Długo pozostajemy niezdolni do
13
ich pomieszczenia. W dorosłym życiu, wciąż będzie tak, że im wyższy poziom pobudzenia, tym
bardziej lewy mózg się wyłącza, a my zdani będziemy na „oprogramowanie” prawego mózgu, które
dali nam opiekunowie w pierwszych latach życia. Dobrze oprogramowany prawy mózg umożliwia
nam wytrzymywanie silnych uczuć, wczuwanie się w te uczucia w innych czyli empatię. Patrzy na
twarz, na komunikacje niewerbalną i „ucieleśnia” to co inni czują. Emocjonalny rezonans matki z
dzieckiem możliwy jest wyłącznie dzięki jej prawej półkuli. Dziecko patrzy czy matka znosi dane
uczucie ze spokojem czy z lękiem? Czy uczucie jest do niej do przyjęcia? Do wytrzymania? Jeśli jest
przyjęte życzliwie, to dziecko uczy się, że dany stan jest właściwy – że spontaniczność jest właściwa,
złość, smutek, zazdrość itd. Bowlby napisał niegdyś tak: „To czego nie można przekazać matce, nie
można przekazać własnemu Ja” ( „Strach ucieleśniony”, str. 159). Rozumiem to tak, że tylko to co
zostanie przedstawione drugiemu człowiekowi i przyjęte przez niego z empatią, możemy zintegrować
we własne Ja jako coś normalnego. Ciekawe jest wiedzieć, że za każdym razem gdy łapiemy się na
ocenianiu, krytykowaniu, dawaniu rad, przekazywaniu teorii to oznacza, że dystansujemy się od
uczuć, poprzez operacje lewego mózgu. Dzieje się tak dlatego, że w trakcie naszego rozwoju ktoś nie
akceptował, nie rezonował z danym stanem, a my w konsekwencji tego, nie potrafimy wczuć się w
ten stan bez dezorganizującego nas napięcia. Na szczęście nowe neurony prawego mózgu można
budować praktycznie do końca życia. Jeśli nasi opiekunowie mieli z tym problem, to mamy jeszcze
szansę na dobrych terapeutów, przyjaciół, partnerów, którzy dostrajając się do nas w sposób
empatyczny i nie osądzający, pomagają nam rozwinąć świadomość naszych wewnętrznych stanów –
doświadczyć, zawrzeć a na końcu wyrazić cały zakres emocji. Właśnie w tej kolejności. Co ciekawe,
że to właśnie twarz i głos, rezonującej matki/ terapeutki zapisuje się w prawej części kory
oczodołowo-czołowej i działa stamtąd zarówno, jako empatia wobec innych, jak i jako „samoopieka”
emocjonalna.
Perspektywa neurobiologiczna uczy nas, że trauma z dzieciństwa mieści się w prawej półkuli, a jej
językiem nie są słowa, lecz ucieleśnione emocje. Jest to zbieżne z wcześniejszymi intuicjami
Winnicota, który uważał, że traumatyczna opieka doprowadza w psychice niemowlęcia do rozłamu
na psychosomatyczne prawdziwe self i fałszywe self. Dopóki nie zostanie nawiązany kontakt z
„prawdziwym Ja” pacjenta, które zasadniczo skryte jest w jego uczciwym ciele, dopóty właściwa
terapia nie będzie miała miejsca. Wewnętrzne dziecko musi w naszej obecności rozpocząć zabawę.
By dotrzeć, do tego psychosomatycznego self, musimy pracować w języku niewerbalnym. Pomoc w
znalezieniu słów na emocje ma ogromne znaczenie, ale równie ważne jest by ciało, w którym
zakotwiczony jest mózg emocjonalny, mogło nauczyć się od innego ciała, że w tych emocjach można
przebywać bezpiecznie. Uważam, że niesie to pewne implikacje do naszej postawy. Zadać można
pytanie o to czym jest neutralność terapeuty? To, że jest nie dawaniem rad pacjentowi, że jest nie
stawaniem po stronie jakiejś opcji w jego życiu, że jest pamiętaniem, że to pacjent jest podmiotem
14
uwagi, a nie terapeuta jest kwestią bezdyskusyjną. Natomiast jeśli neutralność miałaby być rozumiana
jako „poker face” czyli ukrywanie emocji, dystans i daleko idąca powściągliwość, która oddziera nas
z autentyczności, to tkwi w tym pewna pułapka. Bowiem pacjenci zjawiają się naszych gabinetach
wyobcowani ze swoich emocji i nam przypada rola pokazania, że ekspresja emocji jest możliwa i
ważna. Wyważenie w tym zakresie jest sztuką. Jak ujawnić część swoich uczuć, które są reakcją na
pacjenta i które mogą ofiarować mu cenne odzwierciedlenie? Jak pozostać ludzką istotą, zdolną do
czucia i wyrażania uczuć? Temat ważnego dla pacjentów odkrywania się emocjonalnego
psychoterapeuty wnikliwie podejmuje David J. Wallin w swojej książce „Przywiązanie w
psychoterapii”.
Allan’a Schore mówi wprost, cytat : „Dostrojona wczesnodziecięca relacja przywiązania umożliwia
wzrost właściwie rozwiniętego prawego mózgu, powiązanego z resztą ciała, gwarantując nam w ten
sposób bezpieczeństwo emocjonalne. Traumatyczna relacja tego rodzaju hamuje zdrowy wzrost
prawego mózgu izamyka nas w świecie rozregulowanych emocji, w którym naszymireakcjami kieruje
ciało migdałowate. (…) Pozostaje nam lewy mózg, który rozpaczliwie próbuje przejąć kontrolę i
głębokie poczucie dysocjacji i braku bezpieczeństwa. (…) Osoby, które zmagają się z taką sytuacją
(…) nie rozwiążą swoich problemów, uświadamiając sobie to, co nieświadome – co jest zasadniczo
zadaniem lewego mózgu. (…) Najskuteczniejszym sposobem dokonania tych zmian ( leczących zmian)
jest relacyjna, skupiona na emocjach psychoterapia, proces, w którym pacjent angażuje się razem z
empatycznym i psychobiologicznie dostrojonym terapeutą, który chce i może w nim aktywnie
uczestniczyć. Dzięki dostrojonej interakcji pomiędzy niewerbalnym prawym mózgiem
zaangażowanego terapeuty a niewerbalnym prawym mózgiem pacjenta, pacjent staje się zdolny do
znoszenia emocji, które wcześniej musiał dysocjować. (…) przechodzimy do modelu, który przyznaje
pierwszeństwo afektowi prawego mózgu, ucieleśnionym emocjom i temu, co kryje się w naszej
relacyjnej nieświadomości. (…) Do zmiany nie dochodzi, gdy pacjent świadomie reflektuje nad jakąś
emocją; dochodzi do niej, gdy pacjent jest w tej emocji i gdy rezonujący i aktywnie zaangażowany
terapeuta pokazuje pacjentowi inny sposób bycia w tej emocji”
Na koniec, by spiąć klamrą pandemiczne tematy i kwestie przywiązania, po prostu chciałam by
wybrzmiało, że lęk przed wirusem nie usuwa innych lęków, raczej miesza się z nimi, czasem dając
wybuchową mieszankę. Uczucie lęku, również lęku przed śmiercią, stawia przed nami
odpowiedzialne zadanie – nie poddać się mu bezrefleksyjnie. Fritz Riemann w „Obliczach lęku”
napisał, że „ (Lęk)…jest odbiciem naszych zależności i przekonania o tym, że kiedyś umrzemy.
Możemy tylko próbować używać sił mu przeciwnych: odwagi, ufności, wiedzy, siły, pokory, nadziei,
wiary i miłości, co pomaga zaakceptować lęk, rozpocząć zmaganie z nim, pokonywać go ciągle na
nowo.” (str. 9). Choć nie uważam, że proste jest odważnie stawiać czoło śmierci to jednak
15
integrowanie w psychice świadomości przemijania i kruchości życia, jest niezbędne – niezbędne by
żyć. Żebyśmy umierając nie czuli się jak bankruci, który przeoczyli własne życie, potrzebujemy
świadomości przemijania. Jeśli pandemia, w dobie poczucia wszechmocnej kontroli nad światem i
niemal triumfu nad śmiercią, przypomniała nam o kruchości życia to należy to uznać za coś cennego.
Bibliografia
Allan Schore jest psychoterapeutą, teoretykiem interdyscyplinarnym i autorem licznych artykułów i
książek* („Affect Regulation and the Origin of the Self” 1999; Affect Regulation and the Repait of
the Self” 2003; „Affect Dysregulation and Disorders of the Self” 2003 oraz „The Science of the Art
of Psychoterapy”) Wywiad z Allanem Schore’m, o który oparłam „garść neuronauki” zamieszczony
w książce Danieli F. Sieff „Jak uporać się z naszą traumą” , Wydawnictwa Charaktery, Kielce 2017
Kalsched Donald „Wewnętrzny świat traumy. Archetypowe obrony jaźni” Zysk i S-ka Wydawnictwo,
Poznań 2015
Van der Kolk Bessel „Strach ucieleśniony. Mózg, umysł i ciało w terapii traumy”; Czarna Owca,
Warszawa 2018
„Przywiązanie” pod redakcją Rene Zazzo; PWN; Warszawa 1978
Dukaj Jacek „Po piśmie”; Wydawnictwo Literackie; Kraków 2020
Dukaj Jacek „Lód”, Wydawnictwo Literackie; Kraków 2007
Orwell George „Rok 1984”; Wydawnictwo Muza
Dana Deb „Teoria poliwagalna w psychoterapii”; Wydawnictwo Uniwersytetu Jagielońskiego,
Kraków 2020
Ogden Thomas „Sztuka psychoanalizy. Śnienie niewyśnionych snów i urwanych krzyków” ; Oficyna
Ingenium; Warszawa 2011
Riemann Fritz „Oblicza lęku. Skąd się bierze i jak sobie z nim radzić”; Czarna Owca; Warszawa
2020
Herman Judith Lewis„Przemoc, uraz psychiczny i powrót do równowagi”; Gdańskie Wydawnictwo
Psychologiczne
16
Winnicott D.W. „Procesy dojrzewania i sprzyjające środowisko”, Wydawnictwo Imago, przekład
Anna Czownicka; 2018
Adam Phillips „Winnicott”, Wydawnictwo Imago, Gdańsk 2013
Schier Katarzyna „Parentyfikacja. Problematyka odwrócenia ról w rodzinie”; Wydownictwo
Naukowe Scholar; Warszawa 2015
J. Wallin Dawid „Przywiązanie w psychoterapii”
Klein Melanie „Zawiść i wdzięczność”; Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne; 2019