Home
Czytelnia
Refleksje psychoterapeutki z czasu rozpoczęcia pandemii

Refleksje psychoterapeutki z czasu rozpoczęcia pandemii

Czas kwarantanny pokazał, że nic nie jest trwałe, że nie można przywiązywać się do jednego
sposobu pracy i myślenia o pacjencie. Okazało się, że nawet moja względnie trwała baza oparta na
psychoanalitycznym myśleniu jest nieustająco poddawana nowym próbom. Niesie to ze sobą
kolejne dylematy dotyczące rozumienia procesu w relacji indywidualnej, w parze i w grupie.
Oznacza to, że trzeba ciągle podejmować decyzje odnośnie ramy psychoterapeutycznej.
W początkowym momencie epidemii widmo nieznanego śmiercionośnego wirusa, który
może zagrażać i pacjentowi i psychoterapeucie oraz potrzeba zadbania o wspólne bezpieczeństwo,
sprawiły, że podjęłam decyzję o przejściu na pracę zdalną, której byłam zawsze przeciwniczką.
Nagle znalazłam się w miejscu, w którym kontakt z drugim człowiekiem, w tym z pacjentem
możliwy jest tylko przez różne komunikatory.
Nie istniały żadne procedury, ani zasady postępowania w takich sytuacjach. Miałam
poczucie, że buduję w pośpiechu tratwę, na której trzeba zacząć płynąć z pacjentami, nie mając
nawigacji, nie wiedząc, w którą stronę należy się udać i ile to potrwa. Pomocna okazała się
procedura przejścia na zdalne szkolenie zaproponowane przez Szkołę Psychoterapii Analitycznej.
Po zajęciach poczułam, że lęk ustępuje, pojawia się racjonalne myślenie. Wiedza, przeczytane
artykuły, wymiana z koleżankami i szkolącymi nas analitykami i analityczkami pomogły mi w
radzeniu sobie z tą sytuacją. Zaczęłam uczestniczyć w różnych grupach koleżeńskich
umożliwiających dzielenie doświadczeń. Wspólnie z koleżankami i kolegami wypracowaliśmy
nowy sposób wzajemnego superwizowania się on-line. Zobaczyłam, że każdy psychoterapeuta po
swojemu buduje swoją tratwę i szuka rozwiązań. Wszystkie te grupy były i są dla mnie bardzo
cennym doświadczeniem wymiany myśli, idei i sposobów radzenia sobie z nową rzeczywistością.
W naszym środowisku zawodowym zadziwiła mnie różnorodność w podchodzeniu do settingu
analitycznego – od sztywności po bardzo dużą elastyczność. Te obserwacje nakłoniły mnie do
myślenia o tym jak bardzo nasza osobista reakcja na epidemię wpływa na to, jak podchodzimy do
pracy zdalnej, jak ją sobie organizujemy i jak myślimy o powrocie do gabinetu.
Pary, z którymi pracowałam, w większości odmówiły pracy on-line. Usłyszałam argumenty,
że nie da się połączyć pracy zdalnej, opieki nad dziećmi i sesji psychoterapeutycznych. W sytuacji
bycia ze sobą 24 godziny na dobę, godzina w międzyczasie, w której partnerzy mieliby usiąść
blisko siebie przed komputerem i odbyć sesję wydawała się nie do wytrzymania ze względu na
niemożliwe do pomieszczenia bardzo silne uczucia. Myślę, że brakowało w tej sytuacji
przejściowego momentu pozostania samemu ze sobą. Choć z perspektywy czasu myślę też, że dla
części z tych par kwarantanna okazała się w pewnym sensie zasłoną dymną wobec nieświadomego
oporu przed zmianą i mierzeniem się z kolejnymi etapami psychologicznej pracy nad swoją relacją.
Jedna para podjęła próbę pracy przez Skype. Mężczyzna dzwonił z pracy, korzystając z
pomocy swojego pracownika w zainstalowaniu i obsłudze potrzebnej aplikacji. Kobieta dzwoniła z
domu, rozładowywała się jej komórka, a ona sama była rozdarta między pomaganiem dziecku w
ogarnianiu lekcji on-line a próbą ogarnięcia swojej relacji z partnerem. Dzieci często wpadały do
pokoju i mówiły, że nie mogą uczestniczyć w lekcjach, bo zawiesił się im internet. Pogodzenie tych
aktywności okazało się ostatecznie niemożliwe. Rzeczywistość pandemii utrudniała psychoterapię.
Para ta potrzebowała trzymania w moim umyśle, ale też pracy w realnej przestrzeni mojego
gabinetu.
Za to grupa bardzo żywo zareagowała na moją propozycję pracy on-line, choć pierwsze
próby spotkań na Skype, a potem na zoomie były dosyć kłopotliwe. Zawieszający się obraz czy
urywający głos powodowały liczne zakłócenia procesu psychoterapeutycznego. Pojawiały się
opowieści o kierowniku, który źle zarządza, szefie, który nie ogarnia komunikacji między
pracownikami, matce, która nie słyszy swoich dzieci i trzyma ich w dystansie, za szybą. Było dużo
złości do mnie, lęku przed rozpadem, poczucia chaosu i zamieszania. Nagle wszyscy znaleźliśmy
się w swoich domach, widząc kawałek swojego życia. Ktoś chciał coś bardziej pokazać, ktoś coś
ukryć. Dużo było radzenia sobie z niepokojem w rozegraniach i acting outach. Zanim mogłam to
spokojnie analizować i interpretować potrzebowałam sama odzyskać własny umysł analityczki
grupowej. Było i dalej jest to dla mnie ciekawe i wymagające doświadczenie.
Ważną cechą pracy zdalnej jest to, że część ciężaru zadbania o setting znajduje się w rękach
zdezorientowanego pacjenta. Z grupą, parą czy pacjentami indywidualnymi omawiałam warunki
naszej pracy z zachowaniem intymności miejsca i bezpiecznej przestrzeni. Czasami, na początku
zdalnej pracy zdarzało się, że pacjentka rozmawiając ze mną siedziała na łóżku, na innej sesji ktoś
wpuszczał i wypuszczał psa drapiącego w drzwi, ktoś inny otwierał i zamykał drzwi za kurierem.
Ktoś mówiąc o potrzebie dotyku i czułości zaczynał bezwiednie smarować sobie ręce kremem,
zapominając, że ja to widzę, a może właśnie coś mi tym zachowaniem prezentując. Były też
sytuacje, kiedy kot przebiegł przez klawiaturę i ekran monitora, pojawiało się dziecko znudzone
kolejną bajką i stęsknione za rodzicami. Były to trudne momenty, kiedy świat zewnętrzny pacjenta
wdzierał się dosyć konkretnie na sesje. Można też by powiedzieć, że pacjent nie był w stanie
wystarczająco konsekwentnie oddzielić tych przestrzeni. Czas kwarantanny spowodował , że dom
stał się przestrzenią pracy, szkoły, żłobka, psychoterapii, relaksu i sportu. Nie było granic różnych
spraw i światów.
Część pacjentów w związku z brakiem bezpiecznej, odrębnej przestrzeni w domu do tej
pory rozmawia ze mną przez telefon z parkingu, samochodu, odosobnionego miejsca w parku.
Pracuję też z osobą, z którą nie udało się ustalić jednego miejsca jej rozmów ze mną. Nigdy nie
wiem i on też nie wie, co jest zapewne diagnostyczne, gdzie będzie mógł zatrzymać się i zadbać o
intymne warunki sesji. Takim gwarantem stałego miejsca był tylko mój gabinet. W
przeciwprzeniesieniu łapię się na tym, że mam ochotę coś zrobić, pochodzić, coś posprzątać,
przesunąć w gabinecie. Nie robiąc tego czuję chaos, pomieszanie i lęk, jakieś rozedrganie
przebywaniem w pustce. Zastanawiam się na ile on czuje, że jesteśmy w kontakcie, kiedy mnie nie
widzi, a na ile jest w niepokoju i ciągłym poczuciu braku stałości obiektu.
Na koniec chciałabym napisać kilka słów o powrocie pacjentów do gabinetu. W tym
aspekcie doświadczam też dużych różnic w każdym procesie psychoterapeutycznym. Są osoby,
które już wróciły do gabinetu, są osoby, które przymierzają się do tego po wakacjach. Jest też
nieliczna grupa pacjentów, której forma pracy on-line z różnych powodów odpowiada. Pamiętając,
że żyjemy i pracujemy w czasach epidemii z każdą osobą omawiam jej powrót do gabinetu i
towarzyszącą temu nieprzewidywalność sytuacji epidemicznej. Nikt nie wie jak długo będzie
można spokojnie pracować w gabinecie, jak będzie rozwijać się epidemia. Omawiam sytuacje, w
której z różnych powodów trzeba będzie wrócić do pracy on-line. Rozmawiamy też o tym, jak
będziemy postępować w sytuacji, kiedy ja albo pacjent, ktoś z grupy czy z pary prowadzonej przeze
mnie znajdzie się w kwarantannie. Mimo tego, a może właśnie dlatego, że obserwuję chęć
zaprzeczenia rzeczywistości, uważam takie rozmowy za bardzo potrzebne.
Mam poczucie, że odkąd sama mam mniej lęków i adaptuję się do tej nieprzemijającej
sytuacji mogę swobodniej pracować z pacjentami i pomieszczać ich stany, a nawet włączać do
luźnych skojarzeń i interpretacji techniczne zakłócenia pojawiające się na sesjach, jeśli w jakimś
momencie odzwierciedlają wewnętrzny świat pacjenta. Po pięciu miesiącach trwania epidemii
łatwiej jest nam znosić poczucie nieprzewidywalności i tymczasowości, choć nadal stan ten budzi
wiele uczuć we mnie i w moich pacjentach.

Maja Tuszewska – psycholożka, psychoterapeutka Polskiego Towarzystwa Psychologicznego,
analityczka grupowa, kandydatka na szkoleniową analityczkę grupową i superwizorkę IGAR.
Pracuje od wielu lat indywidualnie, z parami oraz prowadzi grupy.

Maja Tuszewska

Przejdź do treści