Refleksje nad filmem Marion Hensel „Między złem, a wielkim błękitnym oceanem” /1995/
Opowiem Ci baśń. Będzie długa jak rzeka perłowa.
Był raz Mandaryn smutny i zagubiony ….
Li do Nikosa
Opowiem Ci inną historię.
Był raz marynarz smutny i zagubiony ….
Nikos do Li
Czy jest coś między złem, a wielkim błękitnym oceanem? Złem świata, w którym sprzedaje się dzieci jak przedmioty na części zamienne, a zatraceniem narkotycznym, tak głębokim jak instynkt śmierci? Jest wiele. Ale tym co sprawia, że świat nie rozpadł się jeszcze na kawałki, jest miłość . To ona jest pomiędzy. I właśnie o dojrzałej miłości, rozumianej jako miłość do obiektu, w odróżnieniu od miłości narcystycznej (a nie o narkotykach, jak twierdzą krytycy filmowi) jest film francuskiej reżyserki Marion Hensel. Jest on piękną balladą o bezczynnym czekaniu, niezwykłej przyjaźni i chorobie duszy. Balladą, którą niełatwo opowiedzieć, ponieważ pada tu niewiele słów. Zastępują je zmysłowe zdjęcia (część z nich wykonał operator Wong Kar-waia, Christopher Doyle), muzyka Wima Mertensa (m.in. Brzuch architekta), atmosfera melancholii i przejmujące aktorstwo Stephena Rea (Nikos).
Stary frachtowiec zostaje skonfiskowany w dokach Hongkongu. Jego załoga czeka na wypłatę zaległej pensji i powrót do Europy. Jeszcze przed czołówką widzimy grupę mężczyzn, z których jeden głaszcze pomiaukującego kota. Nikos bierze go czule na ręce, mówiąc: Zanadto cierpi. Przygląda mu się, tuli, a potem … skręca mu kark i wyrzuca za burtę. W tej pierwszej scenie dowiadujemy się więc, że dla bohatera wszystko co niesie ból, cierpienie i rozpacz jest nie do wytrzymania. Nikos czuje, ale nie starcza mu sił, aby uczucia udźwignąć.
Na statek przypływa 10 letnia Li (Ling Chu), która oferuje Nikosowi swoje usługi (sprzątanie, pranie, itp.) w zamian za jedzenie dla siebie i kilkumiesięcznego braciszka. Nikos nie chce troski Li, nie chce żeby ktokolwiek zakłócał jego opiumowy sen, mimo to Li nie zniechęca się łatwo. Kapitan mówi, że to żebraczka i można się jej pozbyć, tylko ofiarowując jej coś do jedzenia. Całkowicie się myli. Li można przyjąć, tylko jej coś ofiarowując. W moim poczuciu, w tym właśnie tkwi istota miłości: w zdolności obiektu do wdzięcznej odpowiedzi na oferowaną mu troskę. Wdzięczność zakłada widzenie obiektu jako odrębnej osoby. Nikos po raz pierwszy może zobaczyć Li, gdy podaje jej jedzenie – nomen omen są to jajka. Jajka, które za kilka minut okażą się surowe, czyli pełne życia. Życia, które ma się odrodzić? Od początku filmu zostajemy poprowadzeni w podróż pełną symboli. Podróż, która jest subtelnie tkana, jak jedwab z Shandong’u – bez zbędnych wątków, które pozbawione byłyby znaczenia. Nie jest moją ambicją dociekanie każdego ze znaczeń – chciałabym się skupić głównie na tym, w jaki sposób Nikos odnajduje dobry obiekt w sobie.
Nikos, szorstki, może nawet gburowaty mężczyzna, jest głęboko poruszony widząc, że dziewczynka chowa ofiarowane jej jedzenie, by móc podzielić się nim z bliskimi. Nasuwa się pytanie: dlaczego jedni są zdolni do dzielenia się, inni nie? Dlaczego u jednych miłość przeważa nad destrukcją, a u innych jest odwrotnie? Przeciętny człowiek Dalekiego Wschodu ma na to prostą odpowiedź: Taka karma. Może odpowiedź ta niewiele wyjaśnia (podobnie jak niewiele wyjaśniają uwarunkowania genetyczne), na pewno jednak nie jest to odpowiedź obwiniająca. Bohater nie znajduje takiej łagodnej odpowiedzi, czy raczej – nie pamięta jej. Tkwi za to w szponach potwornych poczuć winy, które odsuwają go od życia. Film nie wyjaśnia, dlaczego Nikos ucieka przed przeszłością, cieniami dawnych przyjaciół, kobietą którą pozostawił nad rzeką Skaldą i własnym dzieckiem (którego nigdy nie widział). Nie wiadomo, dlaczego chce dokonać powolnego aktu samozniszczenia we własnym niedostępnym świecie cierpienia i opium. Musi być w nim jednak tęsknota i pamięć dobrych obiektów, bo nie marnuje szansy jaką niesie mu spotkanie z Li. To co zdarzy się miedzy Li a Nikosem, dobrze obrazuje krótki dialog, który cytuję poniżej.
– Gdzie się urodziłaś?
– Tu na sampanie . A ty, gdzie się nauczyłeś chińskiego?
– Od babci, była Mandżurką, ale prawie nic nie pamiętam.
– Mogę cię nauczyć Kantońskiego , jest bardzo miły dla ucha.
– Nie będzie na to czasu.
Li, słysząc tę odpowiedź, jest smutna. Nie nauczy Nikosa nowego języka. Musi się z tym pogodzić. Ale może mu pomóc przypomnieć sobie jego własny język. Czy nie przypomina to sytuacji z naszych gabinetów? Czy nie musimy borykać się ze smutkiem, płynącym z naszych omnipotentnych pomysłów nauczenia pacjentów naszego własnego języka, zamiast pomagania im w odnalezieniu ich (zapomnianego) języka. Smutek Li wydaje się bardzo ważny – świadczy o zdolności dziewczynki do spostrzeżenia Nikosa jako zupełnie odrębnej od niej osoby. W jakiś sposób wie, że nie jest możliwe zrobienie z pół Irlandczyka i z pół Greka,
z mandżurskimi korzeniami, człowieka Wschodu. I właśnie dzięki temu, że nie chce go zmienić, może mu pomóc.
Między bohaterami wytwarza się głęboka więź – rozumienie bez słów, co reżyser ciekawie pokazuje, na przykład przesuwając kamerę z twarzy Nikosa na twarz Li. Twarze tak różne, a jednakowo wsłuchane w dźwięki chińskiej muzyki. Związek, który powstał pomiędzy dzieckiem i dorosłym, ma wymiar prawdziwej relacji, w której jest stały przepływ i wymiana. Wymiana z dziewczynką jest otwarciem wymiany z wewnętrznym dzieckiem, które – coraz bardziej zaopiekowane – zwraca Nikosowi siły witalne. Dzięki tym siłom możliwe jest zapoczątkowanie ewolucji, której pierwszym znaczącym sygnałem jest uratowanie małego Zenga /braciszka Li/. Dziewczynka zostawiła bawiącego się chłopca na środku pokładu – sama patrzyła na siłowanie się „na ręce” marynarzy. Nikos siedział nieopodal i czytał książkę. Scena jest sielankowa, ma w sobie coś z rodzinnej harmonii. Nagle, z górnego pokładu, spada ciężki łańcuch zakończony hakiem. Nikos w ostatniej chwili ratuje chłopca.
– To moja wina, jestem złą opiekunką.
– Zobacz, nic mu się nie stało… Wszystko w porządku.
– Uratowałeś mu życie. Źle się nim zajmowałam.
– Czy chciałabyś popłynąć jutro ze mną na ląd?
– Mówisz poważnie?
– Proszę – odpowiada Nikos, składając dłonie i kłaniając się na wschodni sposób.
Można się zastanawiać, czy Nikos ratując w tej scenie Zenga, nie ratuje też siebie. Może tak jest, ale to co mi się wydaje ważniejsze, to łagodność superego. Zdolność do wybaczania sobie i innym wydaje się umożliwić kontynuowanie zmian. Wgląd jest możliwy nawet przy bardzo dużej wewnętrznej surowości. Nikos ma wglądy co chwilę, ale dotąd nie służyły one zmianie, tylko dręczeniu i są impulsami do kolejnej porcji opium. Do wysiłku związanego ze zmianą potrzebne jest łagodne wsparcie i rozumienie. Nikos, słysząc samooskarżenia Li, reaguje łagodnością i empatią. Empatią również w stosunku do siebie, która będzie mu niezbędna w dalszej drodze.
Uratowanie Zenga dzieli film na dwie części. W pierwszej, która dzieje się na statku, kolory są szare, wszystko osnuwa mrok. Posługując się koncepcją Melani Klein, można uznać, że jest to mrok schizoparanoidalnej pozycji . Jedyny kolor, to zrobiona przez Li, czerwona czapeczka Zenga. Bardzo konkretna. W drugiej części, dziejącej się głównie na lądzie, nie ma już Zenga jako realnej postaci – jest dziecko w Nikosie i dziecko Li. Zmienia się też kolorystyka filmu. Widzimy kolorowy targ, czerwony piętrowy autobus, złotą świątynię, zielone wzgórza. Oczywiście nadal jest mrok: na przykład mroczny i okrutny świat drugiego męża matki. Ale całość jest barwna, żywa i wielowymiarowa.
Li nigdy nie była na lądzie, ale dzięki opowieściom dziadka zna każdą ulicę. Nikos towarzyszy jej w tej podróży do ważnych dla niej miejsc i osób. Odwiedzają ślepego i żyjącego w nędzy ojca /Li często o nim myśli/; matkę, której prawie nie zna i boi się, że ta jej nie rozpozna /Nikos dodaje jej otuchy swoją pewnością co do miłości matki/; świątynię, w której Li się modli:
– Modlę się do zielonego smoka, bo jesteś zły na siebie.
Jest głęboka różnica między modleniem się „bo jesteś zły na siebie”, a modleniem się o to „żebyś nie był zły na siebie”. Tu znowu mamy do czynienia z niezwykłą ufnością w możliwości dobrego obiektu i przestrzenią dla jego ewentualnego działania.
Podróż na ląd, z godziny na godzinę, staje się dla Nikosa coraz cięższa. To pierwszy dzień bez opium.
– Lubisz opium.
– Za bardzo. A ty paliłaś kiedyś opium?
– Tak, opium jest jak podróż – przecież wiesz. Dziadek raz w miesiącu zapala dla nas wszystkich fajkę … ale, jak chce się wrócić z podróży to nie można palić za często … Nie przy obcych!
Nie przy obcych! Chińczycy nie płaczą przy obcych. To wieloznaczna scena. Nikos, nad umywalką, szlocha nad swoim życiem . Co sprawiło, że mógł w tym momencie otworzyć się na swoje cierpienie? Sądzę, że systematyczna troska Li spełniła tu funkcję kontenera. Nikos mógł przyjąć te słowa od obiektu, który go wcześniej skontenerował. Spotkanie ze swoim dzieciństwem pozwoliło mu spojrzeć i dojrzeć w konsekwencji swój los, a nie uciekać. Los, który będąc indywidualną i niepowtarzalną drogą życia nie przypadkiem mu się zdarzył, a od którego ucieczka – jak jasno widać – kończyła by się źle. Chciałabym się zatrzymać nad słowami Li, kiedy mówi:
Jak chce się wrócić z podróży, to nie można palić za często.
Te słowa pozwalają Nikosowi dostrzec, że paląc opium brnie w ślepy zaułek, udaje się w podróż, z której może nie wrócić. Li nie mówi: nie powinieneś … Ona zostawia przestrzeń i w tej przestrzeni popęd życia Nikosa może się ujawnić. On sam może poczuć, że robi źle i chce to naprawić. Podkreśliłam zdanie: Nie przy obcych! Z jednej strony Li ochroniła Nikosa przed upokorzeniem, ponieważ szloch dorosłego mężczyzny w restauracji, tak Wschodu jak i Zachodu, jest sytuacją upokarzającą. Z drugiej, co znacznie ważniejsze, Li komunikuje mu tymi słowami, że jest dla niego kimś bliskim, ale też obcym; kimś kogo dziś spotkał na swojej drodze, lecz jutro się z nim rozstanie. W słowach Nie przy obcych ukryty jest też przekaz, że Nikos ma swoich bliskich, przy których może płakać. Nie przy obcych rodzi też pytanie o nasz kontakt z pacjentem. O to, na ile tworzymy takie warunki dla pacjenta, żeby mógł „oswoić” się z nami, a my z nim. Na pewno służy temu analiza oporów, ale bardziej chodzi mi o nasze nastawienie wewnętrzne: czy podchodzimy do pacjenta z fantazją o skutecznych „narzędziach”, czy raczej spotykamy się z nim z fantazją tworzenia bezpiecznej przestrzeni, w której bez wstydu i upokorzenia pacjent może odsłonić swoją duszę.
Proces zmian w Nikosie, zapoczątkowany uratowaniem Zenga co można interpretować jako dostrzeżenie życia w sobie rozwija się. W pierwszej scenie widzimy mężczyznę niezdolnego do przeżywania cierpienia, w końcowych scenach jest on zdolny do przyjęcia rzeczywistości taką jaka ona jest. Można to rozpoznać po słowach, które Nikos kieruje do Li: …był raz marynarz, smutny i zagubiony . Gdzie go zaprowadzą zmiany, tego film nie wyjaśnia. Wiemy, że musztruje się na statek płynący do Antwerpii. Widzimy jak pisze list do kobiety, którą opuścił i jak następnie puszcza go na morski wiatr. Czy znaczy to, że wszystko co spotkało Nikosa w kontakcie z Li zostanie zaprzepaszczone, czy też wręcz przeciwnie, że bohater niczego nie chce wyprzedzać, chce stanąć twarzą w twarz z rzeczywistością?
Wydaje mi się, że w procesie odzyskiwania przez Nikosa dobrego obiektu ważną rolę pełni wzajemność, jaką jest przyjęcie jego troski i miłości przez Li. Co Nikos daje Li? Dziewczynka potrzebuje konkretu: pracy i jedzenia. Nikos to ma i daje jej. Li za swoją pracę jest sowicie wynagrodzona. Mówi: Będę najbogatszą dziewczynką na sampanie, ale Nikos daje jej znacznie więcej. Li, poza dużym wyposażeniem wewnętrznym (o czym powiem dalej), jest dzieckiem które doświadczyło nadużycia. Jej siostra i bracia zniknęli, zostali porwani. Nie wiemy co się z nimi stało. W pierwszej części filmu Nikos chce przytulić Li, bo widzi, że jest smutna. Dziewczynka cofa się i przyprowadza mu prostytutkę, z komentarzem, że jest na takie sprawy za młoda. Nie wierzy, że obcy mężczyzna może jej nie nadużyć. Nikos pozwala jej tę wiarę odzyskać. Film pokazuje to bardzo subtelnie: Li chwyta za rękę Nikosa i w nowej kolorowej bluzce idzie z nim przez targ, tak jak córka z ojcem, który może jest z niej dumny; lub w innej scenie, gdy Li po kłótni z drugim mężem matki, na moment przytula się do Nikosa szukając i odnajdując w nim wsparcie. Dziewczynka dostaje jeszcze coś, co możemy zrozumieć odwołując się do tradycji chińskiej. W tej tradycji dzieci mają wobec rodziców karmiczny dług, który winny spłacić. W przypowieściach Zen często pojawia się mistrz, który po wypełnieniu swoich duchowych powinności związanych z dążeniem do oświecenia, ma jeszcze do spełnienia dług względem rodziców. Odbywa więc pielgrzymkę do swego domu rodzinnego, nota bene nie bawiąc tam dłużej niż kilka chwil. Li, podobnie – wystarcza jedna rozmowa z matką i ojcem.
Na końcu chciałabym zastanowić się, czy mamy tu do czynienia tylko z baśnią z Dalekiego Wschodu, czy też może z kulturą, w której oświecone dzieci się zdarzają. Marion Hansen sugeruje, że mamy do czynienia z dzieckiem oświeconym, co dobrze unaocznia poniższy dialog, będący ostatnią wymianą miedzy Nikosem i Li.
– Wrócę.
– Zielonego Smoka spotyka się tylko raz, ja go widziałam.
– Dlaczego go nie zatrzymałaś, nie związałaś?
– Za każdym razem gdy go dotykasz, kurczy się. A gdy go więzisz, nie może już czynić dobra.
– Jak on pomaga ludziom?
– On nie pomaga, on uprzedza nieszczęścia. Gdy masz za chwilę utonąć, twoja rodzina nie robi nic, a on reaguje.
– Jak on wygląda?
– Jest wyhaftowany złotem na jedwabiu z Shandong’u .
Tyle tradycja chińska. Myślę, że w tradycji zachodniej takie dziecko też mogłoby zaistnieć. Kiedy? Gdy dziecko rodzi się z konstytucjonalnie małą potencją do zawiści i zachłanności . … Konstytucjonalność brzmi równie magicznie – jeżeli nie bardziej – niż Oświecenie. Odwołajmy się więc do Ogdena, który – zainspirowany myślą Winnicotta – postawił tezę stanowiącą esencję myśli o człowieku, jako podmiocie: „doświadczający podmiot nie istnieje ani w realności, ani w fantazji, ale w potencjalnej przestrzeni między nimi [podmiotem a obiektem, przyp. mój E.D-Z]” Myślę, że dziewczynka musiała mieć takie „życiodajne” doświadczenie – bycia odzwierciedloną z miłością w oczach „Drugiego” i mogła to „oddać” Nikosowi: umiała zobaczyć w nim jądro jego osoby nie zasłoniętej „opium” (cokolwiek by ono nie znaczyło) i przekazać mu, że wie, że on tam jest. Rozwój relacji między nimi był możliwy, bo oboje uruchomili w przestrzeni między sobą dialektykę miłości.
Li żyje w materialnym ubóstwie, żyje też w świecie cierpienia. Ale różnica miedzy Li a Nikosem polega na tym, że ona to cierpienie może znieść. Ojciec Li opuścił ją, gdy była małą dziewczynką, ale zrobił to kierując się miłością. Tracił wzrok. Gdy jeszcze trochę widział zszedł na ląd, gdzie wiódł żebracze życie. Odszedł, od bardzo ubogiej rodziny, aby nie być dla niej ciężarem. Li, mówiąc: Często myślę o ojcu mówi, że ma ojcowski obiekt w sobie. Z matką – jak to na ogół bywa – sytuacja jest bardziej skomplikowana. Matka opuściła córkę później, ale Li nie jest pewna, czy matka ją jeszcze pamięta. Ciekawe jest to, że nie ma takich wątpliwości w stosunku do ojca. Może jest tak dlatego, że pierwotnym dobrym obiektem był dla Li dziadek. Dziadek, który opowiadał historie czyniąc to tak dobrze, że dziewczynka, która nigdy nie zeszła na ląd, potrafiła poruszać się po najskrytszych zakamarkach i nie błądzić. Może, gdy ma się w głowie tak precyzyjną mapę, to zawsze można znaleźć odpowiedni kierunek.
– O wszystkich się troszczysz …. dlaczego?
– Bo o to w życiu chodzi.