Początek to pytania. Jak czujemy wspólnotę? Co nam daje, a czego pozbawia? Czy jest nam potrzebna, czy raczej jesteśmy na nią skazani? Być może jest iluzją, w której chronimy się, by uciekać przed bólem jednostkowej odpowiedzialności? Być może jest efektem dojrzałości, gdy poszerzamy horyzont o coś więcej, niż my sami?
Wydaje się, że mało jest równie głębokich ran na narcystycznych taflach lustra, niż świadomość zależności od innych. Nie pojawiamy się w próżni. Na podstawowym, biologicznym poziomie potrzebujemy dwóch komórek. Materiału genetycznego, który w sobie niosą, a który korzeniami sięga całe pokolenia wstecz. Potrzebujemy aktu połączenia i wreszcie sprzyjającego środowiska, by być. Jesteśmy z połączenia. Dzięki połączeniom żyjemy. Z drugiej strony rodzimy się w pozycji pierwotnego narcyzmu, który zamyka nas w fantazji o tym, że cały świat zaczyna się w naszym omnipotentnym wnętrzu. Byłoby wspaniale nigdy nie opuszczać tej iluzji, być samemu dla siebie – poza zależnością. Wydaje się, że napięcie pomiędzy tym co jednostkowe, a tym, co grupowe pulsuje w nas nieustannie, przesuwając na osi – od i do wspólnoty. Nie jest to prosty ruch. Nie jest też jednokierunkowy. Potrzebujemy indywidualnych tożsamości, by móc zakorzenić się w sobie, potrzebujemy wspólnoty, by móc siebie przekraczać. Potrzeba budowania grupy jest w nas równie silna, jak pragnienie zachowania wolności poza nią. Czy życie poza wspólnotą, w nawiasie, zwłaszcza, gdy opiera się na wewnętrznej decyzji, wyklucza bycie dla innych, realizowanie wspólnego celu, troskę o świat, klimat i głębokie więzi, miłość do Innego i rozumienie?
W 2025 roku wykład otwierający kongres IPA w Lizbonie wygłosiła południowoafrykańska psycholożka Pumla Gobodo-Madikizela. Swoje rozważania rozpoczęła od wspomnienia świadectwa, które przed Komisją Pojednania i Pokoju składała w 1996 roku Nomonde Calata. Jedenaście lat wcześniej jej mąż został zabity przez siły bezpieczeństwa apartheidu. Zanim pani Calata zaczęła mówić, najpierw wydała z siebie przeszywający krzyk. Rozdzierający obraz bólu, który nie chciał pomieścić się w słowach. Obraz krzyczącej kobiety wydaje się dobrze obrazować miraż tego, co czasami staje się tak trudne do zniesienia. Nomonde Calata krzyczała, ponieważ wspólnota, zamknięta w instytucji Państwa, odebrała jej to, co kochała najbardziej. Krzyczała jednak również dlatego, że wciąż miała nadzieję na to, iż inna wspólnota wysłucha i pomieści jej ból. Może jest to doświadczenie wspólne dla nas wszystkich, nie zawsze tak bardzo związane z traumą? Wspólnotowość, która rani i ta, która może coś leczyć. Wspaniale mówi o tym filozofia Ubuntu, która nieustanie podkreśla, że człowiek nigdy nie żyje obok społeczności, lecz zawsze jest w niej zanurzony. Pociąga to za sobą etyczne zobowiązania wobec Innego. Afrykańska myśl, relacyjne koncepcje Levinasa, czy konfucjańska koncepcja Ren ̶ w innych językach mówią o tym samym. Nasze człowieczeństwo nie istnieje poza odniesieniem do Innego.
Jak bardzo Europa i to, co wciąż jeszcze rozumiemy jako „zachód”, potrafi nadal podtrzymywać myślenie wspólnotowe? Doświadczenia dewastujących totalitarnych ustrojów, które wspólnotę wykorzystywały do eliminowania każdej niepasującej do masy jednostki, które nie ustawały w udowadnianiu, że pojedyncze ludzkie istnienie niewiele więcej jest warte, niż garść popiołów, zostawiły po sobie głębokie rany. Lekarstwem na to miał być zwrot w stronę większego indywidualizmu. Autonomia, sprawczość, niezależność. Brak zgody na podporządkowanie. Im więcej czasu mija, tym wyraźniejszy wyłania się obraz, który odsłania innego rodzaju kryzys. W miejsce ochrony jednostki pojawiła się fantazja o konieczności nieustannej rywalizacji i gromadzenia dóbr w wąskim horyzoncie pojedynczego człowieka. Tych, którzy wypadają z tak urządzonego świata, wysyłamy na szkolenia z samozarządzania, odwracając oczy od systemowych katastrof. Te dotykają nie tylko całe grupy, dotykają też środowisko i klimat, w którym funkcjonujemy. Brakuje nam wspólnotowych mitów, a te, jak pisze Olga Tokarczuk, biorą się z opowieści, które mogą nadać sens doświadczeniom. Z opowieści, które przeżywa się wspólnie, bo powstały na bazie wspólnoty afektów. W świecie napięć – między liberalizmem a instytucją, między kapitalizmem a solidarnością – szukamy form bycia razem, które nie opierają się na przemocy. Może dobrym początkiem byłby mit o łzach? A może taki o tańcu? Nic nie oczyszcza tak bardzo, jak wspólny płacz i taniec. I wspólne biesiadowanie.
Mamy też swoje zwyczajne, codzienne wspólnoty. Niektóre trwają, inne się kończą. Część przekształca się i przeobraża. Grupa Reflektująca działała przez trzy lata. Jej praca została zawieszona, ponieważ niemal wszyscy, którzy ją tworzyli, zaangażowali się w organizację minionej już konferencji PTPP. Musiała rozpaść się jedna wspólnota, by mogła powstać inna. Wiemy to teraz po czasie, gdy jasne jest, że każdy wybiera, w jakiego rodzaju wspólnotowości chce brać udział. Pojawili się jednak inni, a tekst, który macie Państwo przed sobą, jest efektem wspólnego myślenia, ale też konferencyjnego doświadczenia bycia razem. Chcemy razem myśleć, próbować coś budować wspólnie.
Grupa Reflektująca:
Beata Jarema
Emmanuela Kaczorowska
Nadia Kostrzewa
Kinga Makulska
Melisa Maras
Katarzyna Pilipiuk
Tekst: Nadia Kostrzewa