Gdy dowiedziałam się, że mam prowadzić terapię dzieci i młodzieży online, nerwowo zaczęłam
oglądać filmiki na Youtubie. Gdy uspokoiłam się i pożałowałam straconego czasu, zaczęłam
się zastanawiać, jak mam wykorzystać ten sposób pracy, który do tej pory uważałam za
kompletnie nienadający się do prowadzenia sesji terapeutycznych. Jak mam zachować
adekwatność, jak być osobą pomocną i uważną podczas sesji online? Czego mam unikać, by
nie zarazić młodego pacjenta swoją ambiwalencją wobec tego rodzaju kontaktu, gdzie ukryć
moją tęsknotę za normalnością i pracą w gabinecie? Co mam zrobić, w sytuacji, gdy w domu
jest jeden komputer, co jeśli nagle lekcje online się przedłużą? Czy rodzic rzeczywiście zamyka
drzwi do pokoju dziecka? No i co z tak ważnym narzędziem pracy, jakim jest zabawa?
Miałam bardzo dużo wahań i niepokoju. Usłyszałam podczas telefonicznej superwizji, że
„świat oferuje różne możliwości i możemy z nich skorzystać”. Postanowiłam spisywać
refleksje po każdym tygodniu „lockdownu”. Oto kilka z nich.
Tydzień 1
Do roboty. Kanapa za mną jest już uprzątnięta. Na ekranie pojawia się Lucyna, koło niej krąży
mama jako administrator sieci. Znika po chwili. Lucyna robi różne miny, wierci się, wstaje,
czyli zachowuje się dokładnie tak, jak w gabinecie. „O, teraz zamykałabym drzwi, ty
wyciągałabyś ulubioną planszówkę z szafki, ja bym się jak zwykle pytała „co u Ciebie” a ty jak
zwykle powiedziałabyś – zagrajmy!” mówię pacjentce. Co za szczęście! Okazuje się, że w
domu mam turystyczną wersję ulubionej gry i Lucyna też ją ma. Uczymy się, że musimy inaczej
teraz układać żetony (to znaczy, ja układam i swoje, i jej a ona i swoje, i moje). Nieważne,
rozumiemy o co chodzi. Ja się tradycyjnie zagapiam i przez to przegrywam. Snuję chwilami
opowieść o zmianach i o siedzeniu w domu, a ona się wygłupia. Pierwszy raz rysuje, a zawsze
protestowała, gdy jej to proponowałam. „To twoja druga kwarantanna, pierwszą miałaś po
operacji, też musiałaś siedzieć w domu” – mówię. „Jestem wkurzona” mówi, wstaje i drepcze
w kółko po pokoju. Mam poczucie, że dla samej tej wypowiedzi warto było spotkać się online.
Pokój Marty jest jak z katalogu. Jakie to dziwne uczucie nagle zajrzeć do pokoju pacjenta –
widzieć meble, ozdoby, bałagan lub porządek. Rozmowa nie klei się. „Wyrzucili mnie z
klasowego chata” mówi tak jakby to było wydarzenie bez znaczenia. Trudno nawiązać relację,
ale to doświadczenie podobne do tego, jakie miałam podczas sesji w gabinecie. Marta bardzo
często coś ze mną rysowała, kleiła lub wycinała a pod koniec pokazywała swoje dzieła mamie,
na co się zgadzałam. Czułam się wtedy jak nauczycielka w przedszkolu, gdy rodzic odbiera
dziecko, a ono z dumą pokazuje swoje dzieła.
„Proszę pani, niech pani popatrzy jak dzieci bawią się na podwórku” – głos Marty wyrywa
mnie z zadumy. Dziewczynka wychyla się przez okno i kieruję kamerkę w swoim telefonie w
kierunku rówieśników. „OK, widzę, ale wiesz, chyba wróć za biurko” mówię na głos i staram
się zachować spokój. Nie wiem, czy ta sesja miała jakiś sens, czym właściwie była dla
pacjentki. Nie umiem zebrać myśli. Nie wiem, jak od konkretu przejść do czegoś bardziej
osobistego, co czasem się przecież nam udawało. Wolę być kimś z krwi i kości, a nie panią
psycholog z komunikatora.
Marcin podczas rozmowy jest smutny i zły. Jego starszy, już dorosły brat przebywa teraz na
kwarantannie w swojej kawalerce. Zapewnia mnie, że wszystko jest „spoko”. Ja zastanawiam
się, czy boi się o niego i z jakimi uczuciami wspomina różne rodzinne wydarzenia, o których
ostatnio rozmawialiśmy. Ale powstrzymuję się od pogłębiania tego tematu. Przypuszczam, że
w gabinecie mogłabym być bardziej odważna i bezpośrednia. Widzę w kamerce przybite
dziecko i waham się, na ile poruszać trudny temat. Proponuję chłopcu rysowanie uczuć. On
opisuje swoje przeżycia, szukamy nazwy, która byłaby odpowiednia, dobieramy do niej kolor.
Złość to kolor czarny, wściekłość jest czerwona, smutek niebieski, ulga szara itd. „Używając
tych kolorów, narysuj, co się w Tobie działo; pamiętaj, jaki kolor pasuje do jakiego uczucia;
czego było mało, czego dużo” – zachęcam. Chłopiec rysuje w skupieniu. W gabinecie bym
tylko patrzyła. Teraz też biorę kredki. Trudniej siedzieć bezczynnie przed komputerem.
Skupiam się i sama tworzę abstrakcyjny rysunek. Pokazujemy sobie nawzajem prace i
porównujemy je. Widzę, że Marcin jest zadowolony, gdy patrzy na moje smutne bohomazy.
Ale co będzie dalej, nie wiem. Nad tym samym zastanawia się Paweł. Zakłada, że w końcu
przyzwyczai się do udziału w lekcjach online i do faktu, że nie widzi, jak reagują koledzy i jak
go oceniają, kiedy coś mówi. Chciałby wypaść przed klasą jak najlepiej, a trzęsie się mu głos i
pocą się ręce. Rozmowa z nim jest wciągająca, choć słabo się znamy. Widzieliśmy się „w realu”
tylko dwa razy.
Co dalej? Jak ta forma kontaktu wpłynie na dzieci i młodzież? Czy będzie pomocna, czy będzie
tylko doraźnym wsparciem? Jak postąpią pacjenci, którzy powiedzieli „zaczekam”, „na razie
nie chcę tak rozmawiać?” Może to ja w swoim zamieszaniu nie podkreśliłam wystarczająco
stanowczo, że „musimy zmienić formę kontaktu, by zachować ciągłość leczenia”, jak
podkreśliła moja superwizorka podczas telefonicznej rozmowy…?
Tydzień nr 2
W tym czasie zerkam często do internetu, który pełen jest wskazówek, jak rodzic ma wspierać
dziecko, jak rozmawiać o epidemii i jak dbać o siebie. Czasami myślę, że nie ma nic bardziej
denerwującego niż te porady. Patrzę krytycznie na wysyp różnych metod, kart pracy
kierowanych do dziecięcych terapeutów. Wystarczy je sobie wydrukować, przesłać dziecku,
szukać wspierających myśli. Zastanawiam się, jak dzieci i nastolatki czują się, będąc uziemione
w domu, często ze skonfliktowanymi rodzicami.
„Jak szłam do szkoły, to cieszyłam się, że nie jestem w domu, ale jak wracałam ze szkoły, to
czułam ulgę, że nie jestem już w szkole. Teraz tego nie mam.” – usłyszałam w tym tygodniu.
Cieszę się, że są pacjenci, którzy decydują się, by kontynuować terapię. Zaraz, zaraz – użyłam
słowa cieszę się, ale to nie jest radość. Raczej odczuwam ulgę, że rodzic i dziecko podjęli taką
decyzję, że mają możliwość, by móc rozmawiać, myśleć, wspominać, planować.
Czuję się jakbym odpytywała pacjentów, jak zmieniło się ich życie, jakbym sama szukała
odpowiedzi, jak przystosować się do nienormalnych warunków. Słucham o tęsknocie za
niezależnością. Z dumą i może nawet z zazdrością słucham, że niektórzy dbają o siebie,
utrzymują kontakty z rówieśnikami, wywiązują się ze szkolnych obowiązków. Patrzę w ekran
komórki i widzę skuloną prawie już dorosłą pacjentkę, mocno przytuloną do dużej maskotki.
Mam poczucie, że widzę prawdę – jej bezradność i lęk. To, co mogę, co mam nadzieję jest
wspierające, to spokojne nazwać ten stan i wytrzymać napięcie, bo przecież nie mam żadnej
rady ani lekarstwa.
Następnego dnia sama robię „narzędzie” innemu pacjentowi – elektroniczną krzyżówkę.
„Niepokój, wkurzenie, zmęczenie” – pacjent wpisuje słowa, które odnoszą się według niego do
kwarantanny. Nie jestem w stanie dotrzeć do niego, ale może on właśnie znalazł opis tego, jak
się czuje. Ja czuję się zmęczona różnorodnością przeżyć.
Tydzień 3.
Zamykam oczy, przypomina mi się horror „Krąg”. Gdy kilkuletnia pacjentka i jej mama
nachylają się do ekranu laptopa, czuję dreszcze. Mam wrażenie, że odgrywa się fragment filmu
– przenikanie przez ekran i niemoc, brak wpływu na rzeczywistość. Trudno mi się otrząsnąć z
własnych wspomnień i fantazji, skupić na treści sesji. Dziewczynka jednak bawi się, czyli robi
to, co robi zazwyczaj u mnie w gabinecie. Pokazuje mi pamiątki i zabawki. Wciska w ekran
zdjęcie, które trzyma na półce obok biurka. Czuję, jakby chciała wepchnąć w ekran całą
wściekłość, że spotykamy się właśnie w ten sposób – online.
W tym tygodniu nie ma cliffhangerów, nie dzieje się nic spektakularnego. Ktoś rzuca piłką w
ekran, ktoś goni siostrę po korytarzu, bym mogła ją poznać. To jest jak patrzenie, jak główny,
zmęczony życiem bohater serialu jedzie starym samochodem przez pustynię. Wiemy, że dokądś
zmierza. Nie śpieszy się. Nie ma znaczenia, czy przyspieszy czy zwolni, bo droga jest tak długa,
że dziesięć kilometrów na godzinę więcej lub mniej nie mają żadnego znaczenia. „Wie pani, ja
to bym nawet chciała mieć tego koronawirusa. To bym wiedziała, na czym stoję. Starczyłoby
dla mnie respiratorów. A tak, najgorsze jest to czekanie”.
Kolejne dziewięć tygodni
Powoli przyzwyczajam się do gadania do ekranu, bo tak czasami nazywam tę formę pracy.
Brakuje mi prawdziwego kontaktu. Doceniam dzieci i ich rodziców, bo w większości
zdecydowali się na tę formę współpracy. Współczuję nastolatkom, że zostały zamknięte w
czterech ścianach ze swoimi lękami, potrzebą niezależności i różnymi pragnieniami. Łapię się
na tym, że czasami robię to, co one – maluję, edytuję zdjęcia i piszę. Bo to bardzo pomaga.
P.S. Dane pacjentów oraz ich wypowiedzi zostały tak zmienione, aby uniemożliwić
identyfikację i uszanować tajemnicę zawodową. W formie niezmienionej zostały tylko moje
własne przeżycia i wątpliwości.
Julia Amarowicz-Pietrasiewicz – psycholożka, psychoterapeutka. Prowadzi indywidualną
psychoterapię dzieci i młodzieży, pracuje również z osobami dorosłymi. Kształci się w nurcie
psychoanalitycznym a wcześniej w systemowym. Prowadzi warsztaty dla rodziców
praz psychologów pracujących z dziećmi.