Praca zdalna jak kontakt z duchami
„Halo, halo, czy pani mnie widzi? Bo ja pani nie widzę. Może połączymy się jeszcze raz?”
Humorystyczne porównania pracy online do seansów spirytystycznych, w których następuje
trudne połączanie z innym wymiarem, zdają się wcale nie być takie nieadekwatne. Także na
poziomie emocji, bo początkowo mogły one przerażać, albo przynajmniej wywoływać istotny
poziom lęku i niepewności. I to po obu stronach. Jako dotychczasowa zwolenniczka sesji
wyłącznie w kontakcie bezpośrednim, podchodziłam jak pies do jeża do pracy zdalnej,
wymuszonej nową rzeczywistością pandemiczną. Można było się złościć, udowadniać
wyższość procesów terapeutycznych w gabinecie nad tymi, jakże niedoskonałymi, online,
można było też zaprzeczać i nie reagować na to niejasne, zwłaszcza na początku pandemii,
zagrożenie, trzymając się dotychczasowej rzeczywistości i odmawiając uznania, że jej już
wcale nie ma. Ale w końcu od czego mamy zdolności adaptacyjne? Czy przejawem zdrowia
nie jest właśnie uznanie rzeczywistości takiej, jaka ona jest, nawet, jeśli okazuje się dziwna,
zupełnie niepasująca do dotychczasowych standardów, nawyków czy przewidywań? I, o ile
początkowo myślałam, że ta nowa rzeczywistość niesie wyłącznie niechciane ograniczenia, to
teraz już wiem, że niesie znacznie więcej, może zaprowadzić nas w rejony, które w gabinecie
byłyby niemożliwe do poznania.
Pacjent od kuchni
Oto otwierają się nowe drzwi, które innymi drogami mogą nas zaprowadzić do rzeczywistości
wewnętrznej pacjenta. Czasem możemy uzyskać nową perspektywę, taką od kuchni (tak,
w sensie dosłownym też się zdarza…), bo przecież każda osoba odsłania przed nami coś
specyficznego, co ma związek tylko z nią i co zawiera się właśnie w jej symbolice
wewnętrznego świata. I właśnie dzięki temu zaczęłam patrzeć z zaciekawieniem na
surrealistyczne obrazy, które ozdabiają czyjś salon, książki i bibeloty równiutko ułożone na
półkach, szare wnętrze samochodu, podwórko z wielką ścianą bez okien i zachęcającą altanę
w ogrodzie, surowe i bezosobowe miejsce pracy, wąski pokoik z małą ilością światła, pustą
ścianę za kanapą, świeżo zakupione meble, rozćwierkany las i wzbudzające tęsknotę rozległe
pola. Nie mniej ciekawe były rozpaczliwie dobijające się zza drzwi koty, wzywające na spacer
jazgoczące psy, robotnik pukający w drzwi balkonowe, proszący o „pożyczenie prądu”, bliscy
wchodzący do pokoju, a czasem nawet i w kadr, pan on piecyka gazowego czy kurier
z przesyłką. Sesje telefoniczne zaś podsuwały obrazy pacjenta schowanego w toalecie,
zamkniętego w sypialni czy ukrytego na ciemnym, oddalonym od cywilizacji parkingu.
To niezwykle ciekawe bogactwo (lub deficyt) informacji i bodźców, miejsc i dźwięków,
kadrów takich, a nie innych, do którego zostaje zaproszony terapeuta. To intymna, symboliczna
przestrzeń, budowana tym razem głównie przez pacjenta, wykreowana jego możliwościami,
ograniczeniami, fantazjami czy rzeczywistością. Wypełniona po brzegi lub boleśnie pusta.
Okraszona znaczeniem, które nadaje lub odbiera pacjent. To też jego większa
odpowiedzialność i aktywne współtworzenie odpowiednich warunków do terapii, co może
zwiększyć jej subiektywną wartość, ale też i znacząco obniżyć.
Terapeuta odklejony od fotela
Zdaje się, że postrzeganie terapeuty przez pacjenta także ulega zmianie. Terapeuta przestaje
kojarzyć się wyłącznie z niezmiennym obiektem pozostającym w nierozerwalnym związku ze
swoim wygodnym fotelem. Paradoksalnie, mimo że w sensie dosłownym ograniczony zostaje
tylko do obrazu na ekranie komputera lub głosu w słuchawce, terapeuta również staje się
bardziej ludzki, traci swe omnipotentne cechy – także może mieć problem z internetem lub
komunikatorem, reaguje na rzeczywistość, która także na niego ma wpływ, i szuka, nie zawsze
od razu skutecznie, nowych dróg radzenia sobie z nią. Również może zachorować i mieć
problemy ze zdrowiem, lękać się o siebie i innych. Może nie wiedzieć i może mówić o tym
głośno. Mogą mu się zdarzać wpadki i niekomfortowe sytuacje. Kiedyś, tuż przed sesją,
dostawszy informację o zmianie miejsca dostarczenia przesyłki, sprawdziłam nową lokalizację
na mapie w telefonie. Jakież było moje przerażenie gdy, już podczas sesji, uprzejmy głos
z telefonu zaczął niespodziewanie zachęcać mnie do skręcenia za 10 metrów w prawo! Jakież
było zadziwienie pacjenta, który, jak się okazało, usłyszał wyłącznie mój spontaniczny okrzyk
i niezrozumiałe dla niego przeprosiny.
Żałoba po starej rzeczywistości i odnajdywanie się w nowej
A więc uczę się. Uczymy się wszyscy. I terapeuci, i pacjenci. O ile na początku pandemii, gdy
pojawił się zrozumiały szok i niedowierzanie, można było się dąsać, zaprzeczać czy czekać
gniewnie, aż wszystko szybciutko wróci do normy, bo przecież każda inna opcja pracy,
kontaktu czy settingu zdawała się nieprofesjonalna i nie do przyjęcia, to teraz nadszedł czas na
uznanie, że tamta rzeczywistość już nie powróci. Jest inna, pandemiczna. I nawet wówczas,
gdy pandemia minie, to nie będzie już tak, jak dawniej. Zatem, zamiast obrażać się na to, co
jest teraz i nieustannie wytykać (także sobie) wszystkie ograniczenia, może warto spróbować
uznać tę nową rzeczywistość i zobaczyć, co można z nią zrobić? Może jest tak, że kiedy
pandemia brutalnym kopniakiem zamknęła nam z hukiem jedne drzwi, pokazała tak naprawdę,
że nie były one jedyne?
Elżbieta Brodnicka – psycholożka, psychoterapeutka w trakcie procesu certyfikacji w Polskim
Towarzystwie Psychiatrycznym. Pracuje indywidualnie z osobami dorosłymi. Autorka
opowiadań psychologicznych, które publikuje na swoim blogu Znaczenia Cienia.