Home
Czytelnia
Czy warto karmić purytańskich masochistów zupą żółwiową, czyli refleksje na temat filmu „Uczta Babette”

Czy warto karmić purytańskich masochistów zupą żółwiową, czyli refleksje na temat filmu „Uczta Babette”

Film zaczyna się od krajobrazu widzianego zza suszących się ryb. Od razu wchodzimy w kontakt z dwoma elementami, które ukazują surowość – smagane wiatrem wzgórza wybrzeża morskiego, co do którego nie ma wątpliwości, że jest północne, i suszące się flądry, które kobieta zbiera – owoce tego morza, przywodzące na myśl trud i biedę. Widzimy też osadę, której domy są zaskakująco małe, tak że ludzie muszą się schylić, żeby przejść przez próg, skala tych domów jest uderzająca dla współczesnego człowieka. Widać, że jest to świat, w którym nie ma żadnego nadmiaru dóbr. Domy są proste i białe, mają niewielkie okna. Wrażenie prostoty wzmocnione jest narracją opowieści, nie jest to wyszukana forma narracji filmowej, tylko opowieść, w której są dialogi, ale również oszczędne.
Rzecz ma miejsce na Jutlandii, niewielkiej wyspie położonej u wybrzeży Danii. Mieszkańcy osady należą do sekty, której założyciel ma dwie córki. Córki są młode i urodziwe. Jedna z nich jest utalentowana muzycznie. Relacja ojca z córkami, w której jest zakaz odejścia od ojca, jest ważnym wątkiem tego filmu, ale jest przedstawiona nieco alegorycznie, oglądając nie jesteśmy wciągnięci w żywy konflikt. Nie przeżywamy oburzenia na to co się rozgrywa przed naszymi oczami, raczej jesteśmy w pozycji bezradnych świadków, którzy mogą się dowiedzieć jaki był nieunikniony bieg wypadków, jak los w historii Edypa, ale mniej gwałtowny. Jest rodzaj pogodzenia się z tym losem. Nie wiemy, co się stało z matką tych młodych kobiet, nie ma o niej ani słowa, co potęguje wrażenie, że należą wyłącznie do ojca.
Rzadko przybywa tu ktoś obcy – choć dwaj mężczyźni trafiają tu po kolei w wyniku kryzysu wewnętrznego, który poddał w wątpliwość ich dotychczasowe „światowy styl życia”, ukazał jego pozorność, fasadę, ja dekoracje w operze, w której jeden z nich śpiewał. Każdy z nich przybywa samotnie na tę „Wyspę Depresyjną” aby tu dopuścić uczucia, które ogarniają ich jak bezmiar szarego morza otaczającego to miejsce. Każdy z nich odjeżdża stąd zraniony jeden – doznanym odrzuceniem ze strony jednej z córek, drugi, świadomością, że nie jest w stanie zrezygnować ze „światowych” przyjemności na rzecz miłości do drugiej z córek.
Wyznawany jest tu Bóg wymagający całkowitego odwrócenia się od przeżyć związanych z
czymkolwiek poza nim samym. Wyrażanie uczuć jest folgowaniem sobie, na równi z oddawaniem się zakazanym przyjemnościom. Można się zastanowić, jakiego rodzaju obiektem jest Bóg w tej wspólnocie. Mamy tu do czynienia z rozszczepieniem na to co ziemskie, i to co „w niebie”, gdzie to co w niebie jest idealne, zaspokajające wszelkie pragnienia w sposób pełny, omnipotentny, ale po śmierci. To co ziemskie, jest zdewaluowane, niepełne, pozorne, złe i grzeszne. Bóg jest obiektem zachłannie wymagającym całkowitego wyrzeczenia się wszystkiego co związane z przyjemnością. W zamian obiecuje spełnienie w życiu pozagrobowym, i poczucie bycia kochanym. Reprezentuje rodzaj surowego, archaicznego superego, które nie uległo przemianom w toku dojrzewania, tylko zostało na poziomie wczesnodziecięcych omnipotentnych fantazji. Jest to Bóg-ojciec, którego obraz jest kształtowany przez ojca dwóch kobiet. Jesteśmy w świecie masochizmu moralnego, opisanego przez Freuda, który w pracy „Economic problems of masochizm” próbował zrozumieć mechanizm powodujący, że „ból i nieprzyjemność nie stanowią ostrzeżenia, tylko stają się celem…a działanie zasady przyjemności jest sparaliżowane – jakby ten stróż naszego życia psychicznego został wyłączony na skutek zażycia jakiejś substancji”. Wyrzeczenie się, życie w ascetycznym ubóstwie daje poczucie moralnego spełnienia, i wyższości. Rosenfeld w „Psychotic states, a psychoanalytical approach” (1962), za Freudem opisuje „superego jako narzędzie ego-idealnego, poprzez które ego ocenia się i którego żądanie doskonałości usiłuje spełnić… Ego-idealne jest skondensowaniem dawnej idei rodziców i wyrazem podziwu dla przypisywanej im w tym czasie doskonałości”. S. Asch (1976), opisując pacjentów z masochistycznym ego napisał, że „tacy pacjenci odnoszą się do tej części superego (ego idealnego) jakby było obiektem.” „Ich największy lęk dotyczy nie tyle kastracji, ile pierwotnego lęku przed utratą obiektu. Podkreśla, że związek z obiektem wyznaczającym ego – idealne a determinującym masochistyczną „potrzebę cierpienia” ma tu libidinalny, a nie agresywny sadystyczny charakter. Moralny masochizm nie polega według niego na tym, że osoba kieruje własny sadyzm na samą siebie, ale że „jest to wyraz nieustannego dążenia do pozyskania miłości pierwotnego obiektu, który jest bardziej sadystyczny niż kochający.” „Kiedy system moralny zostanie zintegrowany, podporządkowanie się mu nie tylko usuwa poczucie winy, ale staje się źródłem narcystycznej gratyfikacji, która staje się celem samym w sobie. Gratyfikacja polega na poczuciu, że jest się kochanym przez aprobujący ideał – ego. W ten sposób frustracja dążeń skierowanych na realne cele nie rani narcystycznie ponieważ rozwinęła się odmienna forma narcystycznej gratyfikacji – masochizm moralny.”
Obydwie córki pastora przeżyły w młodości relacje miłosne, które pozostały niespełnione w związku z ich przywiązaniem do surowych norm ojca. Spotykamy je ponownie po latach, kiedy są już posiwiałymi starszymi paniami. Ich ojciec nie żyje, i one kontynuują jego dzieło przewodniczenia wspólnocie religijnej mieszkańców osady. Zamieszkała z nimi Babette, jak ją określają – „francuska służąca”, przysłana do nich przez mężczyznę, który przed laty był zakochany w jednej z nich. Babette przybywa na wyspę w dramatycznych dla siebie okolicznościach, szuka tu azylu, ucieka przed wojną rozgrywającą się w Paryżu, wojną domową, w czasie której zostali zabici jej mąż i syn. Początkowo córki pastora nie chcą jej przyjąć, bo nie mają pieniędzy na utrzymanie dodatkowej osoby, jednak pod wpływem prośby tej kobiety, która wszystko straciła, i nie ma miejsca na świecie, zgadzają się, żeby u nich pracowała. Widzimy Babette słabą, potrzebującą pomocy.
W każdym razie Babette zamieszkuje z nimi, i uczy się gotować potrawę, którą je się tu codziennie- brązową mazię z suszonej flądry rozgotowanej z chlebem. Domyślamy się, że dla Paryżanki takie danie jest szokująco odrażające, ale nie daje tego po sobie poznać, Babette umie się dopasować do obowiązującej tu powściągliwości. Jest dojrzałą, samodzielną kobietą. Szybko orientuje się w swoich obowiązkach, które wypełnia z zaangażowaniem. Wnosi życie w relacje z ludźmi, których spotyka, tych niewielu, którzy tu mieszkają. Zaraz zdobywa sobie cichą wdzięczność staruszka będącego pod opieką córek pastora, który docenia, że codzienna porcja owej rybnej mazi zaczyna być doprawiona i nabiera lepszego smaku. Widzimy ją jak rozmawia ze sklepikarzem, jak targuje się z rybakiem sprzedającym flądry ze swojej łódki. Ujmuje wdziękiem i zdecydowaniem pewnej siebie kobiety, która wie czego chce, nie unika kontaktów z ludźmi, i nie odmawia sobie drobnych przyjemności płynących z prezentowania siebie jako znającej różne przyprawy, małych zwycięstw w walce o to, żeby zaoszczędzić parę groszy, co wyróżnia ją na tle surowych i skwaszonych mieszkańców osady, i też odróżnia ją od córek pastora, które z zaangażowaniem rozmawiają wyłącznie o sprawach wiary. Jednocześnie Babette jest samowystarczalna i na tyle powściągliwa, że nikt właściwie nie wie nic na temat jej poprzedniego życia. Wytrzymuje brak okazywania sobie zainteresowania poza koniecznym minimum wymiany informacji. Przyjmuje rzeczy takimi jakie są, i z wdziękiem wykonuje nużące obowiązki, od obierania fląder po układanie filiżanek z herbatą na tacy. Film ma całe sekwencje oddające skromne piękno jej prostych gestów. Jednocześnie cały czas coś przypomina, że ona jest z innego, bogatszego świata, cały czas jest w pozycji obcego jednak przybysza, co pozwala lepiej tolerować jej niezależność, i sprawia, że możliwe jest zachowanie jej inności bez tego, żeby budziła zazdrość, zawiść, czy chęć nawrócenia jej na religię wspólnoty. W takim rytmie obowiązków i powściągliwych wymian mija szesnaście lat.
Ta liczba lat robi wrażenie, upływ czasu jest ważny w tym filmie, sprawia, że nabiera ciężaru tryb życia, wybory dokonywane przez postacie. Posłuszeństwo woli ojca oznacza dla córek dziesiątki lat życia skoncentrowanego na kontynuowaniu jego dzieła, opiece i wspieraniu religijności członków wspólnoty, dziesiątki lat spędzonych w ascetycznej formie, gdzie jedyne spełnienie i wzruszenia dotyczą ich wiary i dążenia do zjednoczenia z idealnym Bogiem. Zachowując wierność praktyce ojca utrzymują go niejako przy życiu, jest w tym coś z zaprzeczenia śmierci. Jedynie tak idealny obiekt, jak Bóg wart jest wzruszeń, czy pieśni, ludzkie dążenia nie są. Córki pastora, które nie oczekują od życia nic więcej poza miską zupy, angażują się w sprawy wspólnoty dążąc do stworzenia idealnej społeczności, gdzie ludziom wystarczy świadomość miłości Najwyższego. Z czasem coraz wyraźniej widzą, że to się nie udaje. Między mieszkańcami osady narastają konflikty i kłótnie, każdy pielęgnuje stare urazy, szuka okazji do zatriumfowania nad drugim. Wydaje się, że w tych ludziach ujawnia się gorycz i frustracja lat ciężkiego życia. Ideały i zapał z początków wspólnoty, do których próbują się odwołać córki pastora, znikły, a pokazują się ludzkie słabości i agresywne reakcje nie pasujące do obrazu miłujących się wzajemnie braci. Widzimy jak para dawnych kochanków, to zaskakujące, że tacy się tu znaleźli, po latach, kiedy są już starzy, obwinia się wzajemnie o to, że w ogóle doszło między nimi do zbliżenia, traktują to co ich łączyło jako przejaw słabości, której się należy wstydzić. Możliwa jest tu wyłącznie dewaluacja wzajemnych relacji.
Członkowie wspólnoty są dorosłymi, starzejącymi się ludźmi, o twarzach pomarszczonych, ale dziecięcych. Jest to obraz ich zatrzymanego rozwoju, poprzez rezygnację z samodzielności i życie, w którym podporządkowywali własne wybory temu co nakazał im autorytet w postaci pastora. Widać, jak używają religijności do unikania konfrontacji wobec narosłych konfliktów – kiedy jeden drugiego obraża w wyniku eskalacji kłótni, tamten w geście zaprzeczenia mówi „Alleluja” (co znaczy „Chwalcie Boga”), i jest zupełnie nieadekwatne do sytuacji, która musiała wywołać w nim wściekłość.
Nie ma tu dzieci, jakby jedynym ojcem mógł tu być pastor, jakby nie mogło być potentnej pary rodzicielskiej, ale ma to też inne znaczenie w tym filmie, bo potęguje odczucie starości, przemijania.
Wrócę teraz do wątku związanego z Babette. Otóż jedyne powiązanie z dawnym życiem, które sobie zostawiła, jest udział w loterii. Mieszkający w Paryżu przyjaciel z dawnych czasów pilnuje, żeby za każdym razem wykupić dla niej los. I przychodzi wiadomość, po tych szesnastu latach, że wygrała znaczną sumę pieniędzy. Fakt ten jest rozumiany jako zapowiedź rychłego wyjazdu do ukochanego Paryża, sądząc po oznakach poruszenia Babette, choć oczywiście niewiele zostanie powiedziane. Siostry zaczynają mówić ze smutkiem, oczywiście oszczędnie wyrażonym, że ona je zostawi. Silne przywiązanie do osoby musi zostać zaprzeczone, bo byłoby niezgodne z wyznawanymi zasadami religii. Wyraźniejsze jest, jak przez te wszystkie lata Babette została kimś z innego świata, tak naturalne się teraz wydaje, że tam po prostu wróci.
Widzimy jak Babette wychodzi nad morze, to chyba jedyny moment w filmie, kiedy widzimy ją zajmującą się sobą, wychodzi na brzeg morza, oddaje ono bycie w kontakcie z naporem jakichś wewnętrznych uczuć. Widzimy ją potem jak wraca do siebie zdecydowanym krokiem. Wchodzimy za nią do pokoiku w którym mieszka, pozbawionego wszelkich wygód.
Potem prosi córki pastora, żeby jej pozwoliły przygotować francuską kolację na uroczystość obchodów urodzin pastora. Nie ulegają jej łatwo, ale pod naporem poczucia, że to pożegnalna kolacja, zgadzają się. Mają potem lękowe sny, w których pod postacią jedzenia pojawia się szatan, dręczące poczucia winy, że sprzeniewierzyły się ojcu godząc się na przyjęcie niewiadomego zła poprzez światową kolację. Zwierzają się ze swojego „grzechu” współbraciom, i wszyscy razem decydują, że nie powiedzą ani słowa na temat jedzenia, zignorują je kompletnie.
Tymczasem Babette zaczęła przygotowania, na nieoczekiwanie dużą skalę. Wysyła zamówienie za morze, korzysta z kontaktów sprzed lat, z kimś kto pracuje na statku. Przybywają zamówione przez nią produkty, wina, owoce, mięso, żółw, lód do utrzymywania ich w chłodzie. Widać rękę wytrawnej kucharki. Te zamorskie egzotyczne rzeczy robią tu wrażenie. Babette triumfalnie niesie klatkę z ładnymi ptaszkami. W mieszkańcach narasta panika.
I teraz następuje przygotowywanie posiłku. Widzimy najpierw różne zwierzęta żywe – imponującego żółwia, który wydaje dźwięki, całkiem żywe przepiórki, pojawia się obcięta głowa krowy, przepiórki są martwe, bezwładne, a chłopiec, który pomaga Babette, obiera je z piór. Wyraźne jest, że oswojona jest z faktem, że jedzenie ma element oralnego sadyzmu w sobie, nie musi temu zaprzeczać tak jak to robią mieszkańcy wyspy, którzy zamieniają jedzenie w brunatną zupę, nie przypominającą ryb, z których jest zrobiona.
Następują sceny, w których oglądamy, jak przygotowuje serię dań. Znowu, można być pod urokiem tego, jak pracuje, każdy ruch jest precyzyjny, niespieszny, ale skuteczny, widać ogrom zadania, i skupienie, z jakim je wykonuje. Jest spokojna i spokojnie wydaje polecenia chłopcu „spoza wyspy”, który pełni funkcję kelnera. Na stół wjeżdżają kolejne piękne potrawy. Przepiórki są podane każda w osobnym cieście ozdobione różnymi sosami.
Biesiadnicy jedzą w kompletnej ciszy, jakby kolejne potrawy nie robiły żadnego wrażenia. Wiemy, że nigdy w życiu nie jedli takich rzeczy, ani nie pili takich najlepszych win. Jest dużo napięcia w tych scenach, kiedy ignorują całe bogactwo smaku i urodę zastawionego stołu. Ujawnia się walka, jaką toczą o to, żeby nie przyjąć tej kolacji. Przy tym, Babette nie ma tu postawy kogoś, kto chce im udowodnić własną wyższość, czy zdobyć ich uznanie. Nasuwają się tu skojarzenia z anorektycznym odrzuceniem i triumfem nad karmiącą piersią, które mają chronić przed przeżyciem zawiści o funkcję karmienia (L. Sohn, 1973).
Na szczęście na uroczystą kolację przybywa niespodziewany gość- jest nim Huzar, obecnie w randze generała. Niegdyś, w młodości przybył na Wyspę, zakochał się w jednej z sióstr i próbował dołączyć do wspólnoty mieszkańców. Nie wytrzymał wtedy deprywacji potrzeby uwagi i uczuć, i wyjechał. Prowadził potem światowe życie, i od razu poznaje się na wspaniałości dań. Opowiada, że taką kolację przygotowywała kucharka w jednej z modnych paryskich restauracji, była sławna, uważano ją za artystkę w swojej dziedzinie, i było to najlepsze jedzenie, jakie jadł w życiu. Pamięta jak się nazywała.
Długo trwa zmowa milczenia i pomijania faktu jedzenia przez mieszkańców wyspy. Kamera ukazuje nam twarze nieufne i zamknięte. Budzi to w widzu emocje – widzimy najpierw cały wysiłek osoby, która to jedzenie przygotowała, w trudnych warunkach – prosty dziewiętnastowieczny piec, otwarty ogień, czujemy podziw dla jej maestrii, jak pamięta o każdym szczególe, też o tym, żeby generałowi nie zabrakło jego ulubionego wina, a też widać jak z czasem jest zmęczona, ociera pot z czoła. Jest to zestawione z uporem i niechęcią mieszkańców wyspy. Ogromny wysiłek, żeby dać coś dobrego z jednej strony, i żeby nie poczuć, że to jest coś dobrego z drugiej, wynikające z prześladowczych lęków, że to jedzenie wewnątrz zamieni się w zło, niszczący od środka obiekt. Pasuje to bardzo do przeżycia anorektycznego. Jednocześnie można zrozumieć nieufność tych ludzi, którzy nigdy w życiu nie widzieli takiego jedzenia, takiej wystawności stołu, nigdy nikt (w ich dorosłym życiu w każdym razie) się tak nie starał o to, żeby to co jedzą było smaczne. Powoli, bo kolacja trwa długo i składa się z wielu dań, atmosfera przy stole zaczyna się rozgrzewać. Twarze zaczynają się „rozmrażać”, pojawiają się uśmiechy, rysy łagodnieją. Zaczyna im być trudno ukryć, że im coś smakuje. Kobieta o twarzy starego dziecka mająca przed sobą kieliszek z wyśmienitym winem, a obok piękną szklankę z wodą, odsuwa wodę i wypija z malującą się na twarzy przyjemnością wino. Ma się wrażenie, że ci ludzie pierwszy raz w życiu mają możliwość rozpoznania, na konkretnym zmysłowym poziomie, co jest przyjemne, a co mniej, co lubią bardziej, a co mniej, tak jakby pod wpływem lat kierowania się zasadą pogardliwej wyższości wobec własnych pragnień i przyjemności, mieli deficyt w zakresie podstawowych funkcji ego rozpoznawania wewnętrznych odczuć.
Tak więc przy stole następują zmiany, i im chętniej przyjmują podawane im jedzenie, tym przyjemniejsze robią się rozmowy, pojawiają się dobre wspomnienia, i jest miejsce na żartobliwy dystans wobec rywalizacji i sporów. Można by powiedzieć, że film jest ilustracją tego, co Klein mówiła o introjektowaniu przez niemowlę dobrego obiektu poprzez jedzenie (2007). Widzimy jak wchłonięty „dobry” pokarm sprawia, że ci ludzie zaczynają wzajemnie się obdarowywać przyjemniejszym traktowaniem. Te zmiany są oczywiście dyskretne i powściągliwe. Kucharka nie pojawia się ani na chwilę na przyjęciu, zajęta tworzeniem, nie robi tego dla uzyskania pochwał, nie potrzebuje ich, opiera się na własnej pewności, że to co robi jest dobre. To ważny element tego wydarzenia, nie ma żadnej presji, żeby coś zwracać Babette, ona nie musi niczego sobie odbierać od tych ludzi, bo ma przyjemność z możliwości stworzenia tych dobrych rzeczy. Można mieć refleksję o reparacyjnej funkcji gotowania, które śmierć zwierzęcia, które ma zostać zjedzone, i cały sadystyczny akt zjadania zamienia w wydarzenie dobre. Jak już wspomniałam, Babette nie zaprzecza śmierci przepiórek, są pieczone w całości, każdy dostaje jedną podaną w cieście.
W czasie całego przyjęcia w kuchni przebywa prosty człowiek, woźnica, który przywiózł generała. Jest kimś spoza społeczności, tak że nie musi ukrywać swoich reakcji, kiedy jest częstowany. Widać po nim wyraz błogości i wdzięczności. Poprzez jego postać w tym filmie możemy przeżyć proste wzruszenie tym, że w życiu zdarzają się chwile, kiedy zostajemy czymś niespodziewanie obdarowani.
Przyjęcie ma swój koniec, mieszkańcy wyspy rozgrzani wychodzą w zimową noc, trzymają się za ręce i dziękują Najwyższemu, my patrzymy na nich z pewnego oddalenia i widzimy też rozgwieżdżone niebo, które nasuwa myśli o nieskończoności kosmosu, wieczności i chłodzie zimowej nocy, o nieuchronności przemijania, zjawisk przyrody, życia. Czujemy, że ta grupka ludzi, w ciepłym geście trzymania się za ręce jest tym zjawiskom poddana. Ta scena porusza myślą o kruchości człowieka, a zarazem o tym, jak miłość, bliskość łącząca ludzi może pustkę, ciemność i chłód oddalić na tyle, że można żyć w tych północnych, nieprzyjaznych okolicach.
Następnego dnia córki pastora dziękują Babette za przyjęcie, i pytają, kiedy ich opuści. Odpowiada im, że nie odjedzie, bo nie ma pieniędzy. Okazuje się, że przyjęcie na tyle osób pochłonęło całą sumę, jaką wygrała. Jest to zaskakujący moment, bardzo ważny. Zapytana o to, dlaczego tak postąpiła, Babette mówi, że była kucharką w słynnej restauracji, i chciała jeszcze raz móc stworzyć taką kolację, że jest artystką, a najważniejsze dla artysty to móc tworzyć. To co mówi porusza tę córkę, która ma talent do śpiewania, przytula Babette i ze łzami w oczach mówi coś, co słyszała od ojca, że po śmierci w niebie anioły będą się cieszyły Babette i jej własną twórczością. Zaraz potem widzimy palącą się świecę, której płomień zdmuchnięty gaśnie, odniesienie do kresu życia, który nieuchronnie nastąpi.
Wydaje się, że moment, w którym okazuje się, że Babette nie wyjedzie jest chwilą, w której córki pastora konfrontują się z ważnymi prawdami dotyczącymi życia- „facts of life”, o których Money- Kyrle (1971) pisał, że są to aspekty rzeczywistości szczególnie trudne do przyjęcia, a bez których niemożliwa jest adekwatne uznanie innych elementów rzeczywistości. Te fakty, to: pierś jest w najwyższym stopniu dobra, stosunek seksualny rodziców jest najbardziej twórczym aktem, upływ czasu, i ostatecznie, śmierć, są nieuniknione. Steiner (1993) pisał, że są one kluczowe dla rozpoznania realności utraty, i że człowiek wytwarza silne obrony aby uniknąć ich przyjęcia.
Tu bohaterowie filmu, a wraz z nimi i my, musimy uznać, że nie tylko „pierś jest dobra” – jedzenie było niezaprzeczalnie dobre, ale też, że jest ograniczona – o czym dotkliwie świadczy fakt, że przyjęcie kosztowało, fundusze się wyczerpały. Musi upaść omnipotentna fantazja o tym, że można dysponować niewyczerpaną fortuną, że dobra sprowadzone z najdalszych zakątków świata nie kosztują.
Wiadomość, że Babette zostanie na wyspie sprawia, że niespodziewanie przestaje być w pozycji obcego przybysza, który kiedyś wróci do własnego świata. Nagle córka pastora widzi w niej kogoś, kto dzieli ten sam los, identyfikuje się z nią. Zmusza ją to do kontaktu z własnymi pragnieniami spełnienia się w twórczości. I z tym, że z tego spełnienia zrezygnowała, a teraz jest już na nie za późno, utraciła tę możliwość. Dlatego odwołuje się do „śpiewania aniołom”, w zaprzeczaniu śmierci, kresu życia i możliwości, jakie ono daje (skądinąd w Ewangelii Chrystus nakazuje, żeby danych talentów w ziemi nie zakopywać), w zaprzeczeniu doświadczenia utraty. Jest to chwila, kiedy konfrontuje się z tym, jakiego wyboru życiowego dokonała. Że wybrała drogę rezygnacji ze spełnienia się w zewnętrznym świecie, wybrała życie, które jest formą utrzymywania iluzji, że jej ojciec wciąż jest żywy, a rezygnacja nie ma konsekwencji, bo nie ma kresu.
Podobną ucieczkę przed bólem utraty wyraża Generał, nasz Huzar sprzed lat, który przybył, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, które go nurtowało od momentu, kiedy postanowił, że nie spędzi życia w tej ascetycznej wspólnocie, i opuścił kobietę, w której był zakochany. Wybrał wtedy życie w dostatku i splendorze, ożenił się bogato, spełnił ambicje zawodowe. Wrócił jako już bliski starości człowiek na wyspę, żeby spędzić tu ten jeden uroczysty wieczór, i raz jeszcze zobaczyć tę kobietę. Wyrażona w spojrzeniach więź między nimi odżywa. Oczywiście wspaniałość kolacji zaskakuje go, i jest on osobą, która najlepiej umie docenić jakość poczęstunku. Wygłasza mowę, w której mówi, że nie ma utraty wynikającej z dokonanego wyboru. Że poczuł na tej niezwykłej kolacji, że „to, z czego się zrezygnowało, wraca”. Kiedy wychodzi, scena jest analogiczna do tej sprzed lat, kiedy mówił ukochanej, że odchodzi. Teraz jej mówi, że jest z nią codziennie, i będzie do śmierci. Jest to nieco sentymentalna scena, która budzi wzruszenie i nadzieję na to, że córka pastora będzie mogła przeżywać w wyobrażeniach tę relację, ale jednocześnie realnie wiemy, że następuje opuszczenie. Widzimy też niezaprzeczalne oznaki upływu czasu – posiwiałe włosy, oznaki starości na twarzach. Wydaje się, że dla obu tych postaci zbyt trudne jest uznanie faktu, że życie spędzili osobno, że kiedy mieli wybór, żadne z nich nie było gotowe porzucić własnego „azylu psychicznego” (jak je opisywał J. Steiner) i podjąć zmiany, żeby mogli stanowić parę.
Wydaje się, że jedyną osobą, która jest tu w stanie uznać „fakty życiowe” jest Babette. Jej rezygnacja z powrotu do Paryża wydaje się wynikać z uznania ogromnie bolesnej prawdy o utracie osób, które kochała – męża i syna. Z uznania, że ta utrata oznacza, że nie ma powrotu do miejsca, które kochała, bo ono zostało przez śmierć bliskich i wojnę wewnętrznie zmienione. Z uznania, że ci ludzie, którzy ją do siebie przyjęli kiedy była przerażona i w potrzebie, są najbliższymi jej ludźmi, mimo, że są tak różni od niej i budzą ambiwalentne uczucia. Rozstając się ze złudzeniem, że może wrócić do dawnego życia, chciała jednak mieć możliwość odtworzenia po raz ostatni, i dania tym ludziom, wśród których postanowiła zostać, możliwości doświadczenia świata i obfitości, które były jej udziałem.
Ascetyzm i samoograniczenie się córek pastora można rozumieć jako próbę poradzenia sobie z brakiem matki, o której nie ma ani słowa, jakby bycie pozbawionym matki było tak naturalne jak surowość otaczającej przyrody. Nie ma co marzyć o tym, że nagle wyrośnie tu obfita winnica. Ale w nieoczekiwany sposób musimy uznać, że spełniają się w filmie słowa psalmu śpiewanego na początku, że Bóg nie jest tak okrutnym, żeby sierotom dawać kamień zamiast chleba, i rzeczywiście, „zsyła” im Babette z jej gotowością do dawania i uwewnętrznionym doświadczeniem świata jako miejsca, które może być karmiące. I choć ta reparacja nie jest omnipotentna, nie może sprawić, że czas się cofnie, a one dokonają wyborów bardziej uwzględniających ich pragnienia i rozwijających ich predyspozycje, to można myśleć, że ich życie stało się trochę mniej surowe.
Film ujmuje tęsknotę za możliwością bycia twórczym. Pokazuje, jak zwykłe codzienne czynności mogą być twórczością, nie tylko karmienie wykwintnymi daniami, ale też rozgotowaną flądrą, kiedy się to robi z intencją, żeby była jak najlepsza.
Bibliografia:
L. Sohn „Analytic experiences with anorexic patients” The British psychoanalytical society and the Institute od Psychoanalysis scientific bulletin nr 72 1973
S. Ash: „Varietes of negative therapeutic reaction and problem sof technique” J. Amer. Psychoanalytical Assotiation 1976, 24
Z. Freud: „New introductory lectures” 1933
Z. Freud: „The economic problem od masochizm” 1924 Standard Editio 1961
Z. Freud: „Próba wprowadzenia pojęcia narcyzmu” W: „Myśli i ludzie”, Z. Rosińska 1993
M. Klein: „Odstawianie od piersi” w: Pisma tom 1 GWP2007
Money – Kyrle:„The aims od psychoanalysis” International journal od psychoanalysis 1971, 52
H. Segal: „Wprowadzenie do teorii Melanii Klein” 2005
J. Steiner: „Psychic Retreats” 1993
„Uczta Babette” film duński w reżyserii Gabriela Axela na podstawie powieści Karen Blixen

Eileen Katarzyna Skrzypek

katarzynaskrzypek.skrzypek@gmail.com
Przejdź do treści